Jaką muzykę grał Fryderyk Chopin? 2010-03-02 16:29:35; Co głownie grał Fryderyk Chopin? 2012-04-12 16:26:00; Gdzie mogę posłuchac piosenki "gdy chopin grał "? 2010-02-23 21:58:49; Jaką muzyke grał chopin? 2011-04-27 15:34:30; Na jakim instrumencje oprócz pianina grał Chopin? 2018-01-30 19:02:10; Na jakim Instrumencie grał Chopin u
Aktualnie przeglądasz:Życie / Biografia w ogólnym zarysie / Pedagog Chopin - pedagog1. Działalność pedagogiczna Chopina2. Atmosfera lekcji. Stosunek nauczyciela do ucznia3. Podstawy stylistyczne i techniczne4. BibliografiaChopin nauczycielem fortepianu? Nie pasuje to do popularnego i szeroko rozpowszechnionego obrazu wcielenia uciemiężonej Polski, słabego, delikatnego towarzysza burzliwej George Sand, twórcy elegijnych nokturnów, czy wreszcie pianisty występującego w wąskim, zamkniętym gronie, zazdrośnie strzeżonego przez krąg wielbicieli. A jednak fakty mówią same za siebie: artysta spędził niemal czwartą część swego życia nauczając gry na fortepianie. Chopin (w przeciwieństwie do Liszta, który nie chciał aby określano go mianem pedagoga) w pełni akceptował swój zawód, którego wagę my sami dopiero niedawno zaczęliśmy dostrzegać i doceniać. W pewnym sensie udzielanie lekcji było dla Chopina substytutem zawodu wirtuoza, z którego zrezygnował po 1835 roku. Z punktu widzenia socjologicznego, jego nauczanie, obejmujące w głównej mierze "klientelę" arystokratyczną, tworzyło pomost łączący najwybitniejsze salony Paryża za Ludwika Filipa z salą koncertową Pleyela. Księżna Marcelina Czartoryska, zgodnie uważana za najwierniejszą uczennicę Chopina, jedynie z uwagi na swą pozycję społeczną nie robiła kariery na estradzie. Dwie spośród najbardziej uzdolnionych uczennic Chopina, Friederike Streicher (z domu Müller) i Emilia von Gretsch (z domu Timm) również wcześnie zrezygnowały z kariery estradowej, ponieważ wyszły za mąż. Paulina Viardot chętnie grywała na fortepianie podczas spotkań muzycznych w jej salonie, ale ujawniała jedynie nieliczne informacje dotyczące lekcji u mistrza. Madame Rubio (z domu Kologrivoff), a w szczególności Madame Dubois (z domu O'Meara), ograniczały się do nauczania prywatnego, podobnie jak Adolf Gutmann i Thomas Tellefsen, którzy w latach 1850-1860 zastąpili swego nauczyciela zarówno w Paryżu, jak i w kręgach londyńskich i szkockich. Natomiast George Mathias, profesor klasy fortepianu od 1862 roku, uznany był za "strażnika" i wyrocznię w zakresie tradycji chopinowskiej w Konserwatorium Paryskim, a Karol Mikuli miał podobną pozycję we Lwowie, który dzięki niemu stał się prawdziwym ośrodkiem chopinistów. Do uczniów Mikulego należeli Michałowski, Rosenthal, a przede wszystkim Koczalski, podobnie jak do uczniów Mathiasa - Pugno i Isidore następujące źródła dotyczące nauczania Chopina i jego działalności pedagogicznej:autograf szkicowy wstępnej wersji Méthode de piano; szkic ten był częściowo skopiowany przez siostrę kompozytora, Ludwikę Jędrzejewiczową, fragmentarycznie również odtworzony i opracowany przez Tellefsena w Traité du mécanisme de piano (Eigeldinger 1993); wydania utworów Chopina należące do jego uczniów, przyjaciół i rodziny, zawierające uwagi i komentarze kompozytora; są to przede wszystkim egzemplarze będące niegdyś w posiadaniu Jane Stirling, Ludwiki Jędrzejewiczowej, Camille Dubois O'Meary i rodziny Franchomme'a (Eigeldinger 1988, aneksy I & II, pisane świadectwa uczniów kompozytora (pamiętniki, korespondencja, wspomnienia) i - w najgorszym razie - uczniów uczniów, którzy zapisali przekazane ustnie wspomnienia; kalendarzyki Chopina z lat 1834, 1848, 1849 (Muzeum TiFC, Warszawa); korespondencja Chopina obok korespondencji George Sand (KFC, CGS). Działalność pedagogiczna wyjazdem z Warszawy, jeśli Chopin w ogóle dawał się namówić do udzielania jakichkolwiek lekcji, czynił to jedynie przez grzeczność lub z uwagi na szczególną przyjaźń. Rzeczywistą działalność pedagogiczną rozpoczął dopiero po osiedleniu się w Paryżu i prowadził od 1832 do 1849. W tym czasie dzielił swój czas równo między komponowanie i nauczanie, poświęcając się w lecie komponowaniu, a w zimie - nauczaniu. Było to normą przynajmniej w okresie po powrocie z Majorki aż do zerwania z George Sand. W ciągu sześciu miesięcy co roku, od października lub listopada do maja, Chopin miał codziennie lekcje średnio z pięcioma uczniami. Wstawał wcześnie i spędzał przedpołudnie oraz co najmniej połowę popołudnia na nauczaniu. Każda lekcja teoretycznie trwała od 45 minut do godziny, ale czasami rozciągała się na wiele godzin, zwłaszcza jeśli odbywała się w niedzielę. Dotyczyło to utalentowanych uczniów, których Chopin szczególnie lubił (por. wspomnienia Madame Streicher, Emilii von Gretsch, Mikulego). Uczniowie mieli jedną, częściej dwie lub trzy lekcje tygodniowo, zależnie od tego, czy Chopin mógł im poświęcić czas, od ich własnych potrzeb i uzdolnień i także - choć miało to drugorzędne znaczenie - od stanu ich finansów. Niektórzy uczniowie utrzymywali, że Chopin nieoficjalnie uczył ich praktycznie za darmo, lub też, że dawał im, poza opłaconymi, szereg dodatkowych był jeszcze bardziej rozchwytywany jako pedagog niż Liszt i Kalkbrenner. Jego lekcje były drogie, stała opłata wynosiła bowiem 20 złotych franków, co stanowi ekwiwalent jednego "Louis d'or'a", lub 30 franków, jeśli miały się odbywać w domu ucznia. Należy dodać, że nauczanie stanowiło dla Chopina główne źródło dochodu - stąd jego uwaga o "kieracie" na określenie następstwa intratnych lekcji. Inne źródła dochodu były nieregularne i niezbyt istotne. Kontrakty z wydawcami z reguły zawierały zastrzeżenie, że kompozytor przekazuje im utwory raz na zawsze, w związku z czym za następne wydania nie otrzymywał już wynagrodzenia. Jeśli chodzi o koncerty publiczne w Paryżu i w Szkocji, to tylko sześć lub siedem z nich przyniosło mu jakiś liczący się dochód; częściej zdarzały się sytuacje, kiedy Chopin ofiarował swój udział w koncertach benefisowych, co oczywiście nie przynosiło dochodu. Z drugiej strony, był on nierzadko wynagradzany za prywatne, czy półprywatne koncerty (np. na dworze Ludwika Filipa). Trudno dokładnie określić, ilu uczniów miał Chopin. Jeśliby zakwalifikować jako ucznia każdego, kto otrzymał od niego kiedykolwiek jakąś wskazówkę, wówczas ilość zidentyfikowanych do chwili obecnej uczniów wahałaby się w granicach 150. Ale ta liczba jest z pewnością wyższa niż liczba rzeczywistych uczniów. Należy być również sceptycznym w odniesieniu do stwierdzeń niektórych biografów, dotyczących przypisywanych Chopinowi uczniów. W czasach Chopina było już modne, a nawet korzystne przyznanie, że się jest jego uczniem i Chopin, świadomy tego mawiał: "Nigdy nie dawałem mu lekcji, ale jeśli jest mu to potrzebne, aby uchodzić za mojego ucznia, to niech będzie. Niech nim zostanie." (Karasowski, II, Ponadto można wyodrębnić różne kategorie uczniów: zdecydowaną większość tworzyli "dyletanci" (w pozytywnym, osiemnastowiecznym znaczeniu tego słowa); liczba profesjonalistów dochodziła do dwudziestu. Niewielu studiowało u Chopina przez cztery czy pięć lat, inni mieli w sumie nie więcej niż cztery lub pięć lekcji - tak jak owa "Lady z Liverpoolu", która spieszyła do Londynu, aby mieć lekcje tylko przez tydzień! (KFC, II, każdym razie Chopin wyraźnie dostrzegał motywy, jakimi kierowało się wielu jego uczniów. Przychodzili do niego po wskazówki także artyści; znajdujemy wśród nich nawet Moschelesa i Kalkbrennera, którzy nie wahali się prosić o rozmowę i wskazówki, jeden dla córki, drugi dla syna. Trzeba też dodać, że Chopin ze szczególną troską poświęcał się uczniom Polakom, choć nie przeszkadzało mu to brać pod swoje skrzydła różnych innych pianistów, którzy zjeżdżali z całej Europy, aby u niego studiować. Reputacja Chopina jako pianisty i pedagoga sięgała daleko: jego uczniowie pochodzili nie tylko z Francji i z Polski, lecz także z Litwy, Rosji, Czech, Austrii, Niemiec, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Szwecji i nie przyjmował początkujących ani dzieci - wyjątek stanowiły jedynie niektóre "cudowne" dzieci (Carl Filtsch, Georges Mathias). Nie było też łatwo dostać się do niego. "Chopin był otaczany, uwielbiany i chroniony przez wąski krąg entuzjastycznych przyjaciół, którzy bronili go przed niechcianymi gośćmi i drugorzędnymi admiratorami. Dostęp do niego był trudny; jak sam powiedział Stephenowi Hellerowi, trzeba było podejmować wiele prób, zanim udało się do niego dotrzeć." (Marmontel, Ten wątek powraca we wspomnieniach wielu uczniów, i to wcale nie mało znaczących, którzy początkowo z reguły spotykali się z uprzejmą odmową. Talent, czy indywidualność artystyczna zawsze służyła pokonaniu tych początkowych trudności. Kiedy jednak lody zostały przełamane, Chopin odsłaniał cechy osobowości odbierane jako wyjątkowe przez wszystkich jego uczniów. Nie należy nie doceniać serdecznej atmosfery wypełniającej lekcje dawane wytwornym, utalentowanym i pełnym czystego entuzjazmu młodym damom z arystokracji. Niewątpliwie te warunki stymulowały postęp, wywołując wielką chłonność w uczniu. Szczególny rodzaj stosunku między uczniem i nauczycielem, czego dowodzą liczne pamiętniki i dedykacje dzieł, pozwala wyjaśnić, dlaczego nauczanie Chopina nie nadawało się do masowej popularyzacji, ani też nie mogło stworzyć określonej tradycji. Charakter lekcji był bardziej osobisty, stanowił do pewnego stopnia rodzaj wtajemniczenia. Lekcje Chopina były z zasady lekcjami indywidualnymi, prowadzonymi sam na sam z uczniem (niektóre wątpliwe świadectwa przedstawiają je jako powody - preteksty dla spotkań towarzyskich!). Niektórym uczniom wolno było uczęszczać na lekcje kolegi: z tego przywileju mogli korzystać np. Mikuli i lekcji. Stosunek nauczyciela do należy sobie wyobrażać, że Chopin traktował działalność pedagogiczną jako "pensum", lub nędzny substytut koncertów, które przestał dawać. Przeciwnie, był on w pełni świadomy wagi swego zadania i stawiał się na lekcje ze skrupulatną punktualnością, której mógł przeszkodzić tylko zły stan zdrowia, i z zapałem apostoła. "Chopin codziennie poświęcał całą swą energię nauczaniu przez wiele godzin; czynił to z prawdziwą radością [...]. Czy to, że nie było go łatwo usatysfakcjonować, czy uporczywość, gorączkowy zapał, z jakim starał się podnieść swych uczniów do pozycji, jaką sam zdobył, czy w końcu nieustanne powtarzanie jakiegoś fragmentu tak długo, dopóki nie został on zrozumiany nie świadczą, że postęp ucznia leżał mu na sercu?" (Mikuli, V, osobowości Chopina stapiały się dokładność, zapał, cierpliwość i stanowczość. Oczekiwał on pewnych bezpośrednich rezultatów, które zapowiadałyby przyszłe osiągnięcia; dla nich niestrudzenie kształtował wewnętrzną wizję ucznia. Intensywność jego koncentracji równa była jasności widzenia każdego szczegółu. Jak pisze Maria von Harder (Adelung, "Chopin był urodzonym nauczycielem; wyraz i koncepcja, pozycja ręki, uderzenie, pedalizacja - nic nie umknęło wyrazistości jego słyszenia i wizji; każdemu szczegółowi poświęcał maksimum uwagi. Był całkowicie zaabsorbowany swoim zadaniem; podczas lekcji był tylko nauczycielem i nikim innym.".Chopin wolał, aby uczniowie uważnie grali z nut, a nie z pamięci i kiedy nuty stały na pulpicie, stawiał na nich odpowiednie znaki. Zazwyczaj siedział przy swoim małym pianinie, podczas gdy uczeń grał na wielkim Pleyelu; niezmordowanie zwracał uwagę na każdy błąd, każdą niedokładność, każdą słabość; wolał pokazywać sam jak należy zagrać, niż wyjaśniać słowami. "Często przez całą lekcję uczeń nie zagrał więcej niż kilka taktów" twierdził Mikuli (Mikuli, Zwykła uprzejmość Chopina, nawet żartobliwość, w dniach kiedy był chory lub rozdrażniony, ustępowała miejsca napadom gniewu, które były równie gwałtowne jak krótkie. Wydaje się, że uczniowie-mężczyźni byli bardziej narażeni na te "leçons orageuses" niż kobiety. Powtarzający się brak staranności, lub nieuważna gra mogły go zirytować, powodując zdecydowanie lodowatą postawę. Częściej jednak, nie zmniejszając swych wymagań, Chopin wykazywał ludzkie zrozumienie dla osobistych, muzycznych i technicznych problemów swych uczniów. Wiedział jak pobudzać wiarę w samego siebie i jak znaleźć właściwe słowa zachęty, aby wyzwolić w odpowiednim momencie wewnętrzne zasoby ucznia. Był zatem bystrym przewodnikiem o absolutnej intuicji i psychologicznej przenikliwości. Na ten aspekt nauczania Chopinowskiego nie zwracano dotąd takiej uwagi, na jaką zasługuje. Kompensatą niech będzie fragment z listu Emilii von Gretsch, datowanego 30 kwietnia 1844 roku: "Wczoraj próbowałam u Chopina grać jego nokturny. Wiedziałam, czułam wewnętrznie, jak on je gra. Ale częściowo z powodu niepewności co do tekstu nutowego, a częściowo z powodu pewnych zahamowań, które daja o sobie znać, kiedy jesteśmy niespokojni i nieszczęśliwi, nie byłam w stanie wyrazić muzyki tak, jak słyszałam ją w mojej duszy; nie miałam siły zrealizować jej w brzmieniu. Cudownie było wówczas widzieć Chopina, który taktownie potrafi ośmielać; jak intuicyjnie - można powiedzieć - indentyfikuje się z myślami osoby, do której mówi o słuchaniu; jakimi delikatnymi niuansami zachowania adaptuje swoją własną naturę do natury drugiego człowieka. Ażeby mnie ośmielić, powiedział między innymi: wydaje mi się, że Pani nie ma odwagi wyrazić siebie tak, jak Pani czuje. Niech Pani będzie bardziej śmiałą, niech Pani pozwoli sobie iść dalej. Niech Pani sobie wyobrazi, że jest Pani w konserwatorium i słucha najpiękniejszego wykonania na świecie. Niech Pani zmusi się, aby je słyszeć i wówczas usłyszy Pani siebie. Niech Pani ma pełną wiarę w siebie. Proszę chcieć śpiewać jak Rubini i to się Pani uda. Niech Pani zapomni, że ktoś Pani słucha i niech Pani zawsze słucha siebie. Widzę, że nieśmiałość i brak wiary w siebie tworzą rodzaj pancerza wokół Pani, ale przez ten pancerz dostrzegam coś więcej, co nie zawsze ma Pani odwagę wyrazić, a czego w ten sposób Pani nas pozbawia. Kiedy Pani siedzi przy fortepianie, daję Pani pełne upoważnienie, aby Pani robiła, co Pani chce; niech Pani swobodnie podąża za ideałem, który Pani ustaliła dla siebie i który Pani musi czuć w sobie; niech Pani będzie śmiała i ma wiarę we własne siły i moc, a wówczas cokolwiek Pani powie, zawsze będzie dobre. Dałoby mi to tak wielką przyjemność gdybym mógł słyszeć, jak Pani gra zupełnie bez hamulców, że - przez porównanie - obcowanie z pychą przeciętności stałoby się nie do zniesienia" (Grewingk, Tego rodzaju świadectwo nie jest czymś wyjątkowym w pamiętnikach uczniów Chopina. Na lekcjach Chopin pracował równocześnie "muzyką" i słowami. Nie poprzestawał na pokazywaniu fragmentów, lecz często grał utwór od początku do końca, powtarzając go nawet parę razy, stale dążąc do większej perfekcji. I wielokrotnie lekcja przedłużała się, kiedy siadał do fortepianu i grał jeden utwór po drugim, nie tylko swoje własne dzieła, lecz także innych kompozytorów. Szereg jego uczniów zgodnie twierdzi, że Chopin jako pianista nigdy nie był większy, nigdy bardziej pełny i idealny, jak w czasie tych przekraczających wszelkie granice chwil wytchnienia. Nie rezygnował jednak z nakłaniania ucznia do analizy struktury formalnej studiowanych utworów i chętnie uciekał się do wyobrażeń i analogii, aby wywołać nastrój utworu i wzbudzić w uczniu własny impuls muzyczny. Na przykład, dla uzyskania określonej wyrazistości i brzmienia, sugerował kiedyś Georgesowi Mathiasowi podczas grania fragmentu Sonaty As-dur (op. 39) Webera, że "anioł przechodzi po niebie" (I część, i nast.; Mathias, s. VI). Podczas gdy młody Liszt w 1832 roku, wykorzystując swoją świeżo nabytą edukację, starał się pobudzić wyobraźnię ucznia czytając mu fragment Chateaubrianda, lub wiersz Hugo, Chopin uzyskiwał ten sam rezultat jednym, zwięzłym obrazem - tak silnie był przepojony realnością swojej wizji, nawet kiedy przekładał ją na słowa. Te spontaniczne kreacje, wywołujące to legion kapryśnych duchów, to dom umarłych, to znów dialog między tyranem a jego ofiarą, są nie tyle rezultatem temperamentu literackiego, co wizjonerskiej wyobraźni i wrażliwości na poezję zakorzenioną w popularnych słowiańskich legendach. Czasami wrażliwość ucznia bywała uznana przez Chopina w sposób szczególny, dając mu niejako pozycję uprzywilejowaną, jak widać w zaskakującej deklaracji, złożonej Julette de Caraman: "daję Pani carte blanche na granie całej mojej muzyki. Jest w Pani cała ta nieuchwytna poezja, ta Schwärmerei konieczna dla jej rozumienia" (Hedley, Wiemy, że Chopin był bardzo rygorystyczny, jeśli chodzi o dokładne rozumienie i wykonanie jego dzieł, i tylko przy tak genialnej osobowości jak Filtsch był skłonny przyznać: "obaj rozumiemy to różnie, ale idź swoją drogą, tak jak czujesz; to może być również tak grane" (Denis, uczniów Chopina, niezależnie od tego, czy byli profesjonalnymi muzykami, czy też nie, doznało uczucia objawienia i wyzwolenia dzięki jego nauczaniu. Jego absolutne nowatorstwo otworzyło im szeroko drogę do całej muzyki, nie tylko do gry fortepianowej. Po niedługim czasie zauważali zasadnicze zmiany w swoim wykonawstwie, sposobie słuchania i nastawienia psychicznego. Chopin, ze swej strony, zwracał im uwagę na ten postęp. Emilia von Gretsch relacjonuje: "podczas ostatniej lekcji [...] pokazał mi jak najlepiej ćwiczyć Etiudy. Niektóre z nich nie wymagały żadnych jego wyjaśnień, 'bo Pani rozumie je doskonale' - to była jego opinia. Sprawiało mi szczególną radość móc grać ze swobodą to, co przedtem wydawało się zawierać niebezpieczne trudności, zwłaszcza, kiedy pracowałam nad tymi Etiudami z Henseltem. Chopin (sądzę, że on umie czytać w duszach) dokładnie w tym momencie, kiedy to miłe odkrycie o moim postępie przemknęło mi przez myśl, powiedział 'Wydaje mi się, że to jest teraz dla Pani bardzo łatwe, prawda? - nie tak jak przedtem. W krótkim czasie zrobiła Pani nadzwyczajne postępy'. Powiedział mi, że w ciągu kilku miesięcy będę tego bardziej świadoma, lub - w każdym razie - przypuszcza, że tak będzie, ponieważ było tak u jego najlepszych uczniów" (Grewingk, w energię twórczą uczeń mógł zatem robić postępy; jego praca była teraz oparta na metodzie naturalnej, odkrytej przez poetę, którego indywidualność można porównać do dialektyki. Podstawy stylistyczne i są podstawowe zasady rządzące instrukcjami technicznymi Chopina? Na czym polegało to, że był innowatorem? Trudno odpowiedzieć na te pytania bez zarysowania podstaw jego estetyki muzycznej. Chopinowski sposób nauczania jest również silnie związany z jego poglądami dotyczącymi stylu oraz z jego wkładem w rozwój techniki gry na Chopina, podobnie jak dla większości romantyków, a nawet jeszcze bardziej dla kompozytorów baroku i klasycyzmu z ich pojęciami Affektenlehre i redender Prinzip, muzyka jest językiem. Poprzez szczególne medium, jakim są zorganizowane dźwięki, muzyka stara się wyrazić świat myśli, uczuć i wrażeń. Nawet jeśli - jak się wydaje - Chopin podzielał pogląd Hoffmanna na muzykę jako na język tego, co niewyrażalne, nie oznaczało to, że była ona - według niego - w mniejszym stopniu poddana zasadniczym prawom języka słownego. Dowodem tego są przeprowadzane przez Chopina porównania między sztuką oratorską a interpretacją muzyki, między środkami i celami wspólnymi przemowy słownej i muzycznego dyskursu. W obu przypadkach celem jest poruszenie i przekonanie słuchacza poprzez właściwą intonację i odpowiednie do znaczenia akcentowanie tekstu. Podobnie jak utwór pisany prozą czy wiersz, muzyka składa się z szyku odcinków, ustępów, fraz, okresów i zdań; celem systemu interpunkcji jest zapewnienie właściwej artykulacji, generalnego poczucia kierunku i głównych punktów oddechu; prawa prozodii określają długie i krótkie sylaby, akcentowanie i nieakcentowanie itd. Nie dziwi zatem, że Chopina bardzo wcześnie pociągał śpiew, a w szczególności jego postać bel canto. Wielka szkoła wokalna lat trzydziestych XIX wieku, w której były zgodnie połączone sztuka deklamacji i dramatyczna ekspresja stanowiła dla niego idealny i ostateczny model interpretacji. Wzór jego własnej "deklamacji" pianistycznej, klucz do jego gry i punkt odniesienia w jego pedagogice stanowił właśnie styl śpiewu Rubiniego i Pasty. Stale żądał od swoich uczniów, aby słuchali wielkich lirycznych artystów, świadczy o tym wypowiedż skierowana do Madame Rubio: "musi Pani śpiewać, jeśli Pani chce grać" (Niecks, II, Śpiew był dla Chopina alfą i omegą muzyki; podstawą całego kształcenia instrumentalnego i im bardziej inspiracją dla gry na fortepianie były modele wokalne, tym bardziej okazywała się ona przekonywająca. Stąd - Chopinowska sztuka przekształcania fortepianu w wybitnego tenora lub primadonnę i tworzenie wrażenia ludzkiego oddechu: stąd ów prymat dawany szerokiemu stylowi cantabile, owemu wielkiemu legato, stąd też owo niepowtarzalne poczucie linii i frazy, pełnia dźwięku, owa wiolonczelowa jakość, którą fortepian nagle potrafi odkryć. Nawet jego specyficzna koncepcja rubato jest w znacznej części w swej istocie wokalna i barokowa w tym, jak stara się - gdzie tylko jest to możliwe - uwolnić linię melodyczną od więzów metrycznych i pozwolić jej rozprzestrzeniać się z doskonałą swobodą i giętkością występującą w śpiewie. Moscheles pisał o grze Chopina: "Nie tęskni się za efektami orkiestrowymi, których szkoła niemiecka wymaga od pianisty, lecz człowiek daje się jak gdyby ponieść śpiewakowi, który - nie ograniczany przez akompaniament - puszcza wodze swym uczuciom" (Moscheles, II, Stosunek do sztuki wokalnej jako modelu można uznać za jedną z najbardziej charakterystycznych cech estetyki Chopina obok jego niechęci do wszelkich efektów masywnych w grze fortepianowej oraz dążenia do naturalności i prostoty. Nic nie było bardziej obce naturze Chopina jak nadmierna emfaza, sztuczność czy sentymentalizm: "Je vous prie de vous asseoir" powiedział kiedyś w takiej sytuacji z grzecznym uśmieszkiem (Niecks, II, Ale gra sucha i pozbawiona ekspresji była dla niego w równym stopniu nie do przyjęcia. W takich przypadkach błagał ucznia: "włóż w to całą swoją duszę!" (Karasowski, II, natomiast był szczęśliwy, kiedy wewnętrzna muzykalność wyrażała się w sposób spontaniczny: "Ona [Wanda Radziwiłł] jest prawdziwie muzykalna, nie trzeba jej mówić crescendo tu, piano tam, szybciej, wolniej itd." (KFC, I, pianistyczna nie może być niczym więcej jak tylko środkiem i powinna wynikać bezpośrednio z potrzeby muzycznej autoekspresji. Chopin otwiera tu drogę do współczesnej koncepcji nauczania muzyki, zdecydowanie odwracając się odpoglądów wielu profesorów fortepianu swoich czasów, a także późniejszych, których nauczanie opiera się na koncepcji mechanicznej gry na instrumencie. Wyjąwszy takich pianistów jak Cramer, Field, Hummel i Moscheles, pedagodzy wywodzący się z generacji klasycznej uważali, iż osiąganie wirtuozerii polega na opanowaniu zbioru przepisów (skatalogowanych w niezliczonych Metodach), służących osiągnięciu prawidłowej pozycji palców, ręki, przedramienia itd. Koncentrowano się na fizycznym akcie wytwarzania dźwięku zapominając, że pragnienie tworzenia określonego rodzaju brzmienia powoduje właściwy ruch i w ten sposób przyczynia się do kształcenia palców. Przyjęta w ten sposób droga do wirtuozerii polegała na codziennym reżimie, składającym się z wielu godzin gimnastyki palcowej i uporczywego powtarzania Etudes de mécanisme takich kompozytorów jak Czerny, Kalkbrenner, Herz i inni płodni w zakresie tego gatunku kompozytorzy. Schumann, a przede wszystkim Liszt, pobudzeni przez czarowne skrzypce Paganiniego, przyczynili się do wyjścia z tego zaułka, wydobywając swoimi adaptacjami i transkrypcjami Kaprysów Paganiniego nowe możliwości z fortepianu. W przeciwieństwie do nich, Chopin, który był samoukiem (jego jedyny nauczyciel w zakresie gry fortepianowej nie należał do żadnej ze szkół) i nie miał upodobania do transkrypcji, w miejsce ciasno mechanicznego stosunku do fortepianu dawał nową artystyczną koncepcję pracy nad techniką; zamiast powodującego umysłowe otępienie mechanicznego powtarzania ćwiczeń, zalecał intensywne koncentrowanie się na słuchaniu, co znalazło odbicie w pracy i grze takich pianistów jak Leimer i Gieseking. W owej koncentracji tkwiły dwa uzupełniające się czynniki, nieodzowne dla dobrego brzmienia: subtelność ucha oraz kontrola nad mięśniami i ich rozluźnienie. Technika, wytwarzanie dźwięku, czy sztuka uderzenia - tak jak je pojmował Chopin - prowadziły do wirtuozerii : "Pozostaje przeto jedynie nauka pewnego ułożenia ręki na klawiszach, aby osiągnąć z łatwością możliwie najpiękniejszą jakość dźwięku, umieć grać dźwięki długie i krótkie a także [dojść] do nieograniczonej biegłości". Wydaje mi się, że dobrze ukształtowany mechanizm polega na umiejętności cieniowania pięknego dźwięku" (Eigeldinger, 1995, ss. 42, 74). Jest to w istocie podstawowy punkt Chopinowskiego credo pianistycznego; ilustruje go również stwierdzenie przypisywane Lisztowi: "Cała technika wywodzi się ze sztuki uderzenia i powraca do niej".Celem ćwiczeń, które Chopin dawał na pierwszych lekcjach, było uzyskanie maximum giętkości (niestrudzenie powtarzał 'facilement, facilement') i doskonalenie wrażliwości słyszenia i uderzenia. Znana skłonność Chopina do czarnych klawiszy wynika ze zrozumienia właściwej zależności między klawiaturą a budową ręki, bowiem czarne klawisze sprzyjają naturalnej, wygodnej pozycji dłuższych palców: drugiego, trzeciego i czwartego. Dlatego właśnie żądał od swych uczniów, aby rozpoczynali od gam H-dur, Fis-dur, Des-dur (przy następstwie kolejności palców odpowiednio: 1-2-3-1, 2-3-4-1, 2-3-1). W przeciwieństwie do pedagogów owego czasu, którzy starali się wyrównać palce poprzez mozolne i sztuczne ćwiczenia, Chopin eksponował właściwości każdego palca, wykorzystując ich naturalną nierówność jako źródło zróżnicowania brzmienia i uważał, że tyle jest rodzajów brzmienia, ile palców. (Eigeldinger, 1995, W ten sposób szybko rozwijał dużą różnorodność barwy dźwięku u swoich uczniów, a równocześnie oszczędzał im żmudnej pracy w walce z budową własnej ręki. Jeśli chodzi o równość palców i jeu perlé - probierz pianistów okresu romantyzmu, to Chopin osiągał to dwoma specyficznymi środkami: poprzez nowatorskie palcowanie sprzyjające płynnemu następstwu dźwięków i - w gamach i arpeggiach - poprzez lekki ruch ręki w kierunku EigeldingerTłumaczyła z francuskiegoMagdalena ChechlińskaBibliografia Adelung Sophie von, Chopin als Lehrer "Neue Musik-Zeitung" XLIV (1923), nr 8, ss. 121-123. (Adelung) Denis Ferdinand, Journal 1829-1848. Ed. Pierre Moreau, Fribourg-Paris, 1932. (Denis) Działyńska Cecylia, Jak grać Chopina, "Kurier Poznański" nr 270 (24 listopad 1892), p. 2-3. Eigeldinger Jean-Jacques, Chopin Pianist and Teacher as Seen by his Pupils. Cambridge University Press, 1986. (Eigeldinger, 1986) Eigeldinger Jean-Jacques, Chopin vu par ses élèves. Troisième éd. revue et augmentée, Neuchâtel, La Baconnière, 1988. (Eigeldinger, 1988) Eigeldinger, Jean-Jacques, Frédéric Chopin 'Esquisses pour une méthode de piano'. Textes réunis et présentés par ..., Paris, Flammarion, 1993. Wyd. polskie, Szkice do metody gry fortepianowej, przeł. Zbigniew Skowron, Kraków, Musica Iagellonica, 1995. (Eigeldinger, 1993). Grewingk Maria von, Eine Tochter Alt-Rigas, Schulerin Chopins, Riga 1928. (Grewingk) Hedley Arthur, Nieznana uczennica Chopina, "Ruch Muzyczny", XIV (1970) nr 4 , ss. 6-8. (Hedley) Holland Jeanne, Chopin's Teaching and his Students. Ph. D., University of North Carolina, 1973. Mikrofilm 73-26-183. Karasowski Moritz, Friedrich Chopin. Sein Leben, seine Werke und Briefe, Dresden, 1877, 2 (Karasowski) Kleczyński Jan, "Chopin's Greater Works. Transl. with Additions by Natalie Janotha", London, William Reeves, (1896). Kleczyński Jan, Frédéric Chopin. De l'interprétation de ses oeuvres, Paris, Mackar, 1880. Koczalski Raoul de, Chopin pianiste, Remarques générales pour l'exécution des oeuvres de Chopin, w: Fredéric Chopin. Quatre conférences analytiques. Paris, édité par l'auteur, [1910]. Korespondencja Fryderyka Chopina. Bronisław Edward Sydow, Warszawa, PIW, 1955, 2 tom (KFC) Lenz Wilhelm von, Les Grands virtuoses du piano. Liszt - Chopin - Tausig - Henselt. Tłum. i opr. Jean-Jacques Eigeldinger, Paris, Flammarion, 1995. Marmontel Antoine, Les Pianistes célé bres, Paris, Heugel, 1878. (Marmontel) Mathias Georges, "Preface", w Isidore Philipp, Exercices quotidiens tires des oeuvres de Chopin, Paris, [1897] (Mathias) Mikuli Carl, "Vorwort", w Fr. Chopin's Pianoforte-Werke. Opr. Mikuli, Leipzig, Kistner, [1880], (Mikuli) Moscheles (Charlotte), Aus Moscheles' Leben. Nach Briefen und Tagebächern, Leipzig, 1872-1873, 2 t. (Moscheles) Niecks Frederick, Frederick Chopin as a Man and Musician. London, Novello, (1902, 2 t. (Niecks) Sand George, Correspondance. Ed. Georges Lubin, Paris, Garnier, 1964-1991, 25 t. (CGS).
Etiuda Rewolucyjna. Marsz Pogrzebowy. Polonez-Fantazja. Życzenie. Preludium deszczowe. Etiuda E-dur. dwa Koncerty fortepianowe. Oczywiście twórczość najwybitniejszego polskiego kompozytora składa się z dużo większej liczby kompozycji, jednak ogólnie można uznać, że Chopin skomponował najwięcej mazurków (aż 60).
Aktualnie przeglądasz:Życie / Biografia w ogólnym zarysie / Pianista Chopin jako pianistaFryderyk Chopin należał do najwybitniejszych pianistów swojej epoki. Najwięksi wirtuozi i znawcy chylili czoła przed Chopinem-pianistą, zdumiewając się maestrią i niepowtarzalnym urokiem jego gry, podobnie jak oryginalnością i głębią jego muzyki. "Gra on zupełnie tak, jak komponuje, to jest w sposób jedyny" - wyraził swój podziw Robert Schumann, rówieśnik naprawdę grał autor Etiudy Rewolucyjnej, nigdy się nie przekonamy. Fonograf, pianola, nie mówiąc o nowszych metodach utrwalania muzyki, pojawiły się zbyt późno, by zarejestrować grę takich mistrzów fortepianu, jak Chopin czy Liszt. Pozostaje nam jedynie rekonstrukcja: próba "usłyszenia" gry Chopina w naszej wyobraźni, na podstawie licznych źródeł pośrednich - recenzji, wspomnień, świadectw i twórczość Chopina przypadły na okres największej ekspansji fortepianu w dziejach muzyki. Są to nie tylko lata wielkich karier pianistycznych i powstawania wspaniałych dzieł fortepianowych. To także czas ulepszania konstrukcji fortepianu i jego ostatecznego triumfu, a nawet hegemonii pośród instrumentów muzycznych ówczesnej Europy. Na przełomie XVIII i XIX wieku "gorączka fortepianu" ogarnia miasta i kraje; fortepian wypiera klawesyn, lepiej od niego odpowiadając uczuciom i potrzebom estetycznym społeczeństwa u progu epoki romantyzmu. Staje się on wówczas niezastąpionym instrumentem domowym, doskonale też sprawdza się w sali koncertowej. Około roku 1800 - według polskich źródeł - "w każdym uczciwym domu znajdował się fortepian choćby dla parady", a w Wiedniu. - jak podawała prasa niemiecka - "każdy gra, każdy uczy się muzyki".Wielkiemu zainteresowaniu fortepianem towarzyszył rozkwit sztuki pianistycznej. Kulminacja jej popularności zdaje się przypadać na okres międzynarodowej kariery Chopina. Gdy młody kompozytor przybył w roku 1831 do Paryża, znalazł się w samym centrum sztuki muzycznej, w tym także - współczesnych Chopinowi wybitnych i sławnych pianistów europejskich był imponujący. Znajdowali się wśród nich: Johann Baptist Cramer, Johann Nepomuk Hummel - zasłużony dla pedagogiki fortepianowej uczeń Mozarta; John Field, Friedrich Kalkbrenner, Ferdinand Ries i Carl Czerny - uczniowie Beethovena; Maria Szymanowska, Ignaz Moscheles, Johann Peter Pixis czy zażywający wciąż dużej sławy Muzio Clementi. Działalność wirtuozowska, a w większym jeszcze stopniu twórczość kompozytorska wymienionych artystów oddziałała inspirująco na talent pianistyczny młodego Chopina. Byli przecież wśród nich czołowi reprezentanci nowego stylu brillant, któremu hołdował młody młodszą generacją wybitnych pianistów, nierzadko wschodzących sław, łączyły już Chopina stosunki bardziej koleżeńskie, a niekiedy więzy przyjaźni. Należał do tego samego pokolenia, co Franz Liszt, Ferdinand Hiller, Sigismund Thalberg, Henri Herz, Felix Mendelssohn-Bartholdy czy Robert Schumann. Na tle wszystkich, często jakże wybitnych konkurentów, talent pianistyczny Chopina zwracał uwagę swą odrębnością, szlachetnością, a zarazem mistrzostwem technicznym. W ciągu pierwszych lat pobytu w Paryżu młody muzyk z Warszawy zdobył aplauz publiczności i najwyższe uznanie w kręgach artystycznych jako jeden z najświetniejszych pianistów. Dwa lata od debiutu paryskiego wystarczyły, aby w roku 1834 czasopismo "Gazette Musicale" wskazało dwóch największych pianistów epoki: Chopina i Liszta. Dotarcie na szczyty w tak krótkim czasie świadczy o wielkim talencie pianistycznym artysty, talencie niewątpliwie porównywalnym z jego geniuszem pianistycznym Chopina sprzyjało od najmłodszych lat środowisko rodzinne i społeczne. Państwo Chopinowie posiadali fortepian, na którym grała matka kompozytora. Chłopiec bardzo wcześnie ujawnił nadzwyczajną muzykalność i łatwość uczenia się gry na fortepianie. Ze starszą siostrą Ludwiką grywał na 4 ręce, a jako 6-letnie dziecko rozpoczął regularne lekcje gry u pochodzącego z Czech nauczyciela muzyki - Wojciecha Żywnego. Talent pianistyczny chłopca rozwijał się w zdumiewającym tempie. Wydaje się, że mały Fryderyk obdarzony był doskonałym "mechanizmem" gry (koordynacją rąk i palców), a szereg jej tajników opanowywał intuicyjnie. Tym można wytłumaczyć wrodzoną mu łatwość techniczną i szybkie w Warszawie było coraz głośniej o cudownym dziecku, szybko nastąpił jego pianistyczny debiut. Dnia 24 lutego 1818 roku 8-letni chłopiec wykonał podczas wieczoru dobroczynnego jeden z koncertów fortepianowych Vojtêcha Jíroveca. Jedna z warszawskich gazet napisała po tym wydarzeniu: "I na naszej ziemi powstają geniusze". Potem posypały się prywatne zaproszenia z najlepszych domów. Powozy zabierały cudowne dziecko na przyjęcia, które uświetniało swoim popisem. Jest to szczegół istotny, bowiem występy prywatne w salonach przed kameralną publicznością stały się później domeną kariery pianistycznej sześciu latach nauki 12-letni Fryderyk zakończył lekcje u Żywnego. Ówczesna Warszawa nie miała żadnego sławnego nauczyciela fortepianu, jednak bogate środowisko muzyczne i kulturalne miasta zapewniło chłopcu dalszy właściwy rozwój. W Warszawie działał utalentowany muzyk, pianista i organista, Wilhelm Würfel, który był prawdopodobnie drugim - po Żywnym - mistrzem Fryderyka w dziedzinie fortepianu (uczył go także gry na organach). W przeciwieństwie do nieco konserwatywnie nastawionego Żywnego, Würfel potrafił zapoznać ucznia z nowoczesną techniką pianistyczną, typową dla zdobywającego ogromną popularność stylu brillant. W pięć lat po dziecięcym debiucie Chopina, w roku 1823 odbył się kolejny występ młodziutkiego artysty, podczas którego wykonał on koncert Ferdinanda Riesa. Wtedy to po raz pierwszy w jednym z czasopism zestawiono jego nazwisko z młodszym o rok Lisztem, który koncertował właśnie w lata nauki Chopina przyniosły sporadyczne koncerty przed większym audytorium i wiele występów w mniejszym gronie. Na szczególną uwagę zasługuje jego zagraniczny debiut w roku 1826 (na cele dobroczynne) podczas wakacyjnego pobytu w kurorcie Bad Reinertz (dziś Duszniki-Zdrój, miejsce najstarszego festiwalu chopinowskiego). W latach warszawskich - do roku 1830 - Chopin żywo interesował się problematyką pianistyczną. Była ona obecna nie tylko w jego ówczesnej twórczości pozostającej pod wpływem stylu brillant. Planując swą przyszłość, młodzieniec poważnie liczył się z karierą pianistyczną. W rodzinnej Warszawie był już powszechnie znany jako wybitny wirtuoz. Mógł też obserwować innych pianistów, którzy nierzadko odwiedzali miasto. Słyszał Marię Szymanowską, poznał grę samego Hummla (1828), przyglądał się pianistycznej młodzieży, zetknął się z takimi pianistami, jak Stephen Heller czy Antoinette Pechwel - pierwsza fortepianistka Drezna. Największe wrażenie wywarł na nim jednak Paganini, który silnie zainspirował wirtuozowską wyobraźnię styl gry owych wirtuozów, Chopin mógł się z nimi porównywać. Jego wszechstronny rozwój pianistyczny dopełniało muzykowanie z innymi: fortepian Fryderyka towarzyszył nierzadko wiolonczeli, skrzypcom, drugiemu fortepianowi i głosowi ludzkiemu. Wkrótce zaczął on komponować większe utwory na fortepian i orkiestrę, aby dostarczyć sobie odpowiedniego repertuaru na występy w przyszłości, na które nie czekał długo. Już podczas pierwszego pobytu w Wiedniu w roku 1829 Chopin zadebiutował w naddunajskiej stolicy, grając własne Wariacje op. 2 z orkiestrą i improwizując na temat operowy i ludowy (polski). Koncert ten publiczność przyjęła entuzjastycznie, przedzielając każdą wariację oklaskami. W swej relacji listowej kompozytor wspomniał o opinii, że grał "za delikatnie" (po raz pierwszy zwrócono mu uwagę na niedostatek siły dźwięku), ale sam artysta wolał to, niż - jak pisał - "gdyby powiedziano, że gram za mocno". Jeszcze większy sukces odniósł Chopin na drugim wiedeńskim koncercie, zorganizowanym tydzień tak udanych występach przyszła kolej na "dorosły" debiut w Warszawie. Natąpiła seria kilku niecierpliwie oczekiwanych występów, z których pożegnalny - przed opuszczeniem ojczyzny na zawsze - odbył się w Teatrze Narodowym 11 października 1830 roku (z Koncertem e-moll i Fantazją na tematy polskie w programie).Wyjeżdżając z kraju w wieku 20 lat, Chopin był już całkowicie ukształtowanym pianistą o wyrazistym stylu gry, nie należy jednak zapominać, że coraz bardziej pociągała go kompozycja. W przyszłości miał znacznie ograniczyć występy, tymczasem jednak starał się o nie. Chociaż propozycje początkowo pojawiały się rzadko, doszło jednak do kilku ważnych europejskich koncertów, umacniających w szerokim świecie pianistyczną sławę kompozytora. Odbyły się one we Wrocławiu, ponownie w Wiedniu, Monachium (1831) i wreszcie w Paryżu, gdzie Chopin zadebiutował z wielkim sukcesem 26 lutego 1832 roku. W zorganizowaniu debiutu dopomógł mu sam "król fortepianu" Friedrich Kalkbrenner, który proponował nawet przybyszowi z Warszawy lekcje, czego jednak Chopin nie koncertowa Chopina w jego dalszych latach paryskich była dość umiarkowana. Stosunkowo najczęściej, bo ponad 10 razy, dał się słyszeć do 1835 roku (nie zawsze zresztą wzbudzając satysfakcjonujący go aplauz). Małe ożywienie nastąpiło na przełomie lat 1837-1838, kiedy to artysta grał przed rodziną królewską Ludwika Filipa, a w marcu wzbudził zachwyt publiczności w Rouen. W Paryżu - po sześciu latach przerwy - wystąpił w sali Pleyela w roku 1841, grając swoje utwory solowe, a także akompaniując. W tym czasie sława Chopina jako kompozytora i pianisty była już w stolicy Francji niemal legendarna. Podobny występ zorganizowano niecały rok później, po czym paryżanie musieli czekać kolejnych sześć lat, by znów usłyszeć "Ariela pianistów" na ostatnim paryskim koncercie 16 lutego 1848 roku. Ten koncert w Sali Pleyela miał już charakter niemal prywatny, zważywszy na ograniczoną liczbę miejsc (300) i natychmiastowe rozejście się biletów w kręgu paryskiej elity, przede wszystkim arystokracji i przyjaciół się sytuacja osobista Chopina i wydarzenia rewolucyjne w Paryżu przyczyniły się do jego wyjazdu do Anglii i Szkocji w 1848 roku, gdzie mimo złego stanu zdrowia wystąpił jeszcze na kilku koncertach publicznych w Londynie, Manchesterze, Glasgow i w Edynburgu. Ostatni występ Chopina odbył się 16 listopada 1848 roku w Londynie i był - podobnie jak pierwszy przed 30 laty - koncertem zaprezentował się publicznie zaledwie około 40 razy (jeśli uwzględnić jego koncerty dziecięce). Nie lubił bowiem wielkiej sali i gry dla tłumu, odczuwając często ogromną tremę przed koncertem. Niech to jednak nie zmyli nas w ocenie pianistycznego dorobku kompozytora: Chopin był pianistą bardzo aktywnym, ale jego właściwym królestwem pozostawał prywatny salon. Tam, w otoczeniu niewielkiej grupy dobranych osób, nierzadko przyjaciół, czuł się dobrze i z pełną swobodą prezentował swoją sztukę, której nieodłączną częścią była zawsze pianistyka. Grał swoje utwory, w niedościgły sposób improwizował, ale miał w repertuarze także wiele kompozycji innych twórców. Podczas swej kariery pianistycznej, szczególnie w młodszych latach, grywał dzieła J. S. Bacha i Mozarta, których darzył uwielbieniem, a ponadto - Moschelesa, Jíroweca, Riesa. W późniejszym okresie dominowała w jego wykonaniach muzyka przywiązywał wielką wagę do jakości instrumentu i skarżył się, jeśli nie mógł dysponować odpowiednim fortepianem czy pianinem. We Francji jego ulubionymi instrumentami były fortepiany Pleyela; używał też instrumentu Erarda i Chopina mieli na ogół nieodparte wrażenie obcowania ze sztuką pianistyczną nie tylko mistrzowską, ale i prawdziwie wyjątkową, zdecydowanie wyróżniającą się na tle produkcji wielu innych artystów. Choć żaden jej materialny ślad nie mógł dotrwać do naszych czasów, dysponujemy szeregiem źródeł pośrednich, pozwalających poznać w najogólniejszych zarysach postawę estetyczną, jakiej hołdował twórca Etiud. Do źródeł tych należą liczne recenzje z występów publicznych Chopina, zamieszczane w czasopismach polskich, austriackich, niemieckich, francuskich i angielskich. Bezcenne są wypowiedzi poszczególnych osób, które słyszały Chopina również w warunkach kameralnych, "prywatnych", lepiej odpowiadających wrażliwości artysty. Osobną grupę stanowią świadectwa uczniów Chopina, którzy mieli szczególny wgląd w warsztat pianistyczny Mistrza, jak też orientację w wyznawanych przezeń poglądach estetycznych. Specjalne miejsce w źródłach zajmują Szkice do metody gry fortepianowej autorstwa samego uczeń Chopina - Karol Mikuli podkreślał niezwykle rozwiniętą technikę gry swego nauczyciela, niespotykaną równość gam i pasaży we wszystkich rodzajach artykulacji, naturalną łatwość i brak skrępowania mechanizmu. Opinię tę odnaleźć można także w wielu najwcześniejszych źródłach (recenzje), w których mowa jest o "łatwości największej", o dokładności gry artysty, czystym i pewnym uderzeniu, doskonałej biegłości pianistycznej. "Nieopisana sprawność techniczna, klarowność wykonania" to niektóre określenia przywołane przez lipską "Allgemeine Musikalische Zeitung", podczas gdy recenzent "Allgemeine Theaterzeitung" stwierdzał: "jego gra wykazuje najwyższą biegłość".Oto więc pierwsza uderzająca wielu świadków zaleta Chopina-pianisty: rewelacyjna sprawność manualna, techniczna. Kompozytor nie miał zbyt dużych rąk, za to były one bardzo giętkie, pozwalały bez wysiłku realizować najtrudniejsze figury pianistyczne. Inną cechą gry Chopina była szczególna subtelność i lekkość uderzenia - przy całej jego pewności - delikatność połączona z najgłębszym uczuciem, czemu także mogło służyć doskonałe cieniowanie. "Każde uderzenie klawisza jest u niego wyrazem serca" - pisała "Gazeta Warszawska"; "przeszedł nawet Hummla w delikatności uczucia i wytworności smaku", "jest par excellence pianistą uczucia" - oceniał Leon Escudier. Lekkość, "dyskretne uderzenie", "ujmująca delikatność gry", wzmiankowane były często w relacjach z koncertów Chopina. Cechy te nie wykluczały u artysty obecności "męskiej i szlachetnej energii" (Mikuli), wolnej jednakże od określeniem "lekkość, delikatność" wiązała się także pewna cecha, z pewnością niepożądana w większych salach koncertowych - brak dużego dźwięku. Cechę tę zauważali liczni recenzenci: "wydobywa on nie dość dźwięku z instrumentu" - pisał dziennikarz po paryskim debiucie Chopina; kameralność i brak rozmachu w muzyce i wykonaniu dostrzegł recenzent "Manchester Guardian".Wydaje się, że nastawiony bardziej na niuanse Chopin nie czuł się stworzony do gry potężnej brzmieniowo, zbliżającej się do efektów orkiestrowych, pełnej estradowego blasku. Jego mistrzostwo techniczne polegało na doskonałym operowaniu artykulacją legato, na dążeniu do naturalności i szlachetności gry. Legato - podstawowy sposób artykulacji u Chopina, polega na pięknym łączeniu dźwięków przez analogię do sztuki wokalnej. Kompozytor lubił powoływać się na technikę śpiewu, demonstrując na przykładzie bel canta logikę i naturalność frazowania. Z tradycją sztuki wokalnej związane było także sławne tempo rubato, dopuszczające pewną chwiejność metryczną w przebiegu muzyki, przy czym często powtarza się zalecenie Chopina: lewa ręka, akompaniament, to kapelmistrz, maestro di cappella (ma trzymać puls), podczas gdy melodii należy się przywilej ad libitum, niczym kaprys operowej kompozytor w Szkicach do metody gry fortepianowej pozostawił szereg niezwykle ważnych stwierdzeń odnoszących się do techniki pianistycznej. Akcentował zgodność ukształtowania ręki z budową klawiatury, z czego miała wynikać swoista łatwość "poruszania się" na klawiaturze. Giętka ręka stanowiła jeden z podstawowych warunków właściwego mechanizmu, który miał służyć "umiejętnemu cieniowaniu pięknej jakości dźwięku".Słowa są jednak bezradne wobec fenomenu, jakim dla słuchaczy pozostawała sztuka pianistyczna Chopina. Stanowiła ona niepowtarzalne, oryginalne zjawisko w dziejach muzyki. Możemy tylko, jeśli starczy nam wyobraźni, poszukiwać dalekiego echa tej dziedziny kunsztu Poety Dźwięków. Artur Bielecki
Plik Gdy leżę na plaży 50.mp3 na koncie użytkownika beapre • folder dla dzieci mp3 podkłady • Data dodania: 17 maj 2013 Wykorzystujemy pliki cookies i podobne technologie w celu usprawnienia korzystania z serwisu Chomikuj.pl oraz wyświetlenia reklam dopasowanych do Twoich potrzeb.
Aktualnie przeglądasz:Tradycja / Recepcja / Recepcja postaci i dzieła Chopina / W malarstwie, rysunku, grafice Chopin w malarstwie polskimod romantyzmu do modernizmu* Wizerunki Chopina malowane przez artystów polskich w XIX i na początku XX wieku tworzą pewien zespół ikonograficzny rozpięty między dwiema epokami: romantyzmem i modernizmem. Ów corpus, stanowiący swoistą galerię obrazów, szkiców i rycin podlegających różnym metamorfozom, wskazuje na to, jak w okresie bez mała stu lat postrzegano „figurę" mistrza, geniusza muzycznego, a zarazem rodaka, artysty narodowego. W ikonografii chopinowskiej można prześledzić rozmaite „wariacje na temat" postaci Chopina i jego dzieła, ujawniające bogactwo motywów, znaczeń, treści, rozwiązań formalnych; ich poziom artystyczny zależał od skali talentu poszczególnych twórców, ale też od akceptowanego naówczas smaku epoki. Za życia Chopina rysowano i malowano ujęcia całopostaciowe, popiersia i głowy Fryderyka utrwalające jego rysy, sylwetkę i cechy osobowości, począwszy od lat młodzieńczych, aż do ostatnich miesięcy, kiedy to był już ciężko chorym człowiekiem1. Po śmierci kompozytora wierna pamięć o nim, zachwyt i fascynacja jego muzyką sprawiły, że w sztuce polskiej nasiliły się tendencje obrazowania imaginacyjnego, wizyjnego, ponieważ z biegiem czasu dla wielu artystów (a także szerszej publiczności) stał się on postacią legendarną i mitotwórczą. Zarówno niektórzy romantycy (np. Teofil Kwiatkowski), jak i moderniści tworzyli kompozycje alegoryczne i symboliczne, widząc w osobie muzyka personifikację ludzkiego geniuszu. Dlatego wizerunek Chopina bywał niekiedy postrzegany jako „ikoniczny znak" natchnionego daru talentu, który zawładnął wyobraźnią zbiorową, inspirował obszary sztuki wysokiej, ale przenikał też do strefy nazywanej dziś kulturą masową (w postaci różnych obiektów pozaartystycznych, np. kiczowatych pocztówek). Na przełomie XIX i XX wieku w sztuce poświęconej fenomenowi Chopina pojawiło się osobliwe zjawisko przenoszenia jego stygmatu duchowego na wyobrażenia innych osób i ich przeżyć, a również na rzeczy, przedmioty i rozmaite akcesoria symboliczne (takie jak instrumenty klawiszowe i strunowe, dzwony, widma, zjawy, duchy) oraz sceny będące metaforami ludzkiego losu i na scenerię niesamowitych pejzaży. Tego rodzaju fantasmagorie dominujące w sztuce Młodej Polski były przede wszystkim związane z odblaskami muzyki Chopina, które odcisnęły się na kształcie i ideowym przesłaniu modernistycznych obrazów. Wczesne podobizny Chopina były pracami artystek amatorek i malarza Ambrożego Mieroszewskiego zaprzyjaźnionego z rodziną Fryderyka. Jesienią 1829 roku Antoni Henryk Radziwiłł zaprosił młodego (a już docenianego) kompozytora do swojej wiejskiej rezydencji w Antoninie, gdzie Chopin spędził tydzień na przełomie października i listopada, czując się tam „jak w raju". Wkrótce opisał ten pobyt w liście do Tytusa Woyciechowskiego: „Były tam dwie Ewy, młode xiężniczki [córki księcia Wanda i Eliza Radziwiłłówny], nadzwyczaj uprzejme i dobre, muzykalne, czułe istoty". Dla księcia napisał wówczas: alla polacca z wiolonczelą [Polonez C-dur op. 3]. Nic nie ma prócz błyskotek, do salonu, dla dam; chciałem, widzisz, żeby X-czka Wanda się nauczyła. - Niby jej przez ten czas dawałem lekcje. Młode to, 17-cie lat - ładne i dalipan, aż miło było ustawiać paluszki [...]. Nie mogłem się wymówić od przysłania im Poloneza mojego f-minor [Polonez f-moll op. 71, nr 3], który zajął X-czkę Elizę, proszę Cię więc, przyszlij mi go najpierwszą pocztą, bo nie chcę być poczytanym za niegrzecznego. [...] Możesz sobie wystawić charakter X-czki, kiedy jej co dzień tego Poloneza grać musiałem, i nic tak nie lubiła jak to Trio As-dur2. W tym czasie Eliza narysowała ołówkiem w swoim sztambuchu (tzw. albumie antonińskim, karta 32, zbiory Towarzystwa im. Fryderyka Chopina w Warszawie) jego popiersie w lewym profilu, opatrzone napisem „Frédéric Chopin. 4 Novembre/1829" - skopiowane później przez Pelagię z Sapiehów Radziwiłłową. W tym samym albumie, na karcie 13, znajduje się jeszcze jeden rysunek Elizy przedstawiający Chopina grającego na fortepianie, opisany notatką: „Frédéric Chopin. 1826". Ta data wymaga zastanowienia. Obecnie nic nie wiadomo o tym, żeby Chopin gościł w Antoninie już wcześniej, w 1826 roku. Być może notatka została wpisana omyłkowo później, z pamięci, lub może Eliza Radziwiłłówna widywała też Chopina przed 1829 rokiem w innych okolicznościach. O tych szkicach Fryderyk napisał jeszcze w tym samym liście do Woyciechowskiego: „Chciałeś mego portretu - żebym mógł był ukraść jeden X-nie Elizie, to bym go był tobie posłał; dwa razy mię w sztambuchu zrobiła i ile mi ludzie gadali bardzo podobnie. - Miroszewski teraz czasu nie ma". Obydwa amatorskie rysunki Elizy ujmują bezpretensjonalnym wdziękiem i autentycznością uchwyconej chwili, są też nacechowane starannością i uczuciem szczerej sympatii. Ich autorka, starsza od Chopina o lat siedem, w prostym, sylwetkowym ujęciu wiernie oddała charakterystyczny zarys profilu i szczupłej postaci młodzieńca, szanowanego i podziwianego przez całą rodzinę księcia Radziwiłła (który sam był obdarzony zdolnościami muzycznymi - pisał pieśni i skomponował muzykę do Fausta Goethego)3. Jeszcze bardziej osobisty portret Chopina namalowała uzdolniona muzycznie i plastycznie siedemnastoletnia Maria Wodzińska. Fryderyk od dawna był zżyty z jej rodziną, jeszcze od czasów warszawskich. W połowie lat trzydziestych widywał się z nimi w Dreźnie i Marienbadzie; wtedy to między młodymi nawiązała się nić sympatii. Afekt ten został uwieńczony potajemnymi zaręczynami: 9 września 1836 w Dreźnie Chopin oświadczył się Marii Wodzińskiej „o szarej godzinie" i został przyjęty pod warunkiem zachowania dyskrecji oraz dbania o zdrowie „na czas próby", rodzice Maryni bowiem obawiali się jego niepewnej kondycji zdrowotnej. Wskutek ich zastrzeżeń to nieformalne przyrzeczenie od początku nie rokowało nadziei na trwały związek, który niebawem się rozpadł. Pozostała po nim paczuszka listów Marii, na której zawiedziony Chopin napisał „Moja bieda", i jego akwarelowy portret - wiarygodne świadectwo dziewczęcej fascynacji swoim „carissimo maestro" (powtórzony następnie w litografii z dedykacją dla rodziców Fryderyka). Nie wiadomo, kiedy dokładnie powstał ów romantyczny „obrazek" - podczas wspólnych wakacji spędzonych w Marienbadzie między 28 lipca a 24 sierpnia 1836 czy wkrótce potem w Dreźnie przy okazji zaręczyn. Maria stworzyła swobodną, pełną „słodyczy i łagodności" podobiznę Chopina siedzącego w fotelu z założonymi rękami. Z wielkim pietyzmem odtworzyła jego rysy oraz ślad delikatnego uśmiechu na ustach i w oczach uważnie i przyjaźnie wpatrzonych w widza. Harmonijnie rozegrała tonację kolorystyczną akwareli, utrzymaną w gamie czarnych brązów ubioru, ugrowego tła, wyrazistych akcentów bieli na gorsie koszuli i czerwieni na obiciu fotela (własność Muzeum Narodowego w Warszawie)4. Zanim przyjrzymy się olejnym portretom Chopina, warto przypomnieć jeszcze prace wykonane w innych technikach, jakie poświęcili mu artyści polscy do połowy XIX wieku. Zapewne w latach czterdziestych znany wówczas malarz batalista, uczeń Horacego Verneta, January Suchodolski narysował ekspresyjny szkic postaci Chopina grającego na fortepianie, przedstawionego we fraku, z półdługimi włosami i rękami wysoko uniesionymi nad klawiaturą5. Chopina upamiętnił również w rysunku Cyprian Norwid. Wiadomo, jak bardzo poeta czcił kompozytora, ile o nim i jego muzyce napisał. Wystawił mu poetycki pomnik w liryku Fortepian Szopena i w Promethidionie, wspominał w Czarnych kwiatach, w listach i złożył hołd w nekrologu. Bliższe kontakty utrzymywał z nim dopiero od wiosny 1849 roku, odwiedzając go przy Square d'Orléans, a potem w letnim mieszkaniu na przedmieściu Paryża przy rue Chaillot 74, gdy stan Chopina był już bardzo poważny. Wtedy (być może w drugiej połowie sierpnia lub na początku września), „On, w cieniu głębokiego łóżka z firankami, na poduszkach oparty i okręcony szalem, piękny był bardzo, tak jak zawsze, w najpowszedniejszego życia poruszeniach mając coś skończonego, coś monumentalnie zarysowanego". 17 października „Chopin umarł - przy samej śmierci jego nie byłem, bo za wiele atłasów i koronek otaczało łoże cierpiącego, alem go parę dni pierwej widział i pożegnał"6. Norwid dwukrotnie rysował Chopina. Raz wyobraził go jako młodzieńca siedzącego przy pulpicie z nutami złożonymi na instrumencie, opromienionego blaskiem gwiazdy i uwieńczonego laurem. Ten niezbyt udany, konwencjonalny szkic miał być zapewne - w intencji autora - idealną podobizną wielkiego twórcy i alegorią jego muzyki (pióro, data nieznana, zaginiony). W 1850 roku poeta narysował w albumie księżnej Marceliny Czartoryskiej zupełnie inną scenę przywołaną „z natury wspomnień", w której przedstawił kilka osób z ówczesnego środowiska paryskiego; tam, w umownie zarysowanym wnętrzu, gra na fortepianie Thomas Tellefsen, obok stoją Wojciech Grzymała i Stanisław Szumlański, a z boku, po prawej stronie, siedzi zmęczony, chory Chopin w luźnym ubraniu domowym, z twarzą osłoniętą lewą ręką, w skupieniu słuchający gry swego ucznia. Ten zaginiony szkic był od dawna znany pod nazwą Wieczór muzyczny u księżnej Marceliny Czartoryskiej, jednak Juliusz W. Gomulicki zakwestionował jego tytuł i temat, ponieważ wyobrażenie znękanego cierpieniem muzyka wskazuje raczej na jego obecność w domu własnym, w otoczeniu znajomych; Chopin nie pozwoliłby sobie na wizytę w salonie księżnej w tak złej kondycji i niedbałym stroju. Ta praca Norwida była plastycznym zapisem jakiegoś konkretnego wydarzenia, w którym poeta uczestniczył. Chory kompozytor nie miał już sił na intensywną pracę, koncerty, kontakty towarzyskie, jednak przyjmował jeszcze przyjaciół, co potwierdza notatka w dzienniku Eugène'a Delacroix: „Sobota, 14 kwietnia. [1849]. - Wieczór u Chopina; był udręczony, bez tchu. Moja obecność pozwoliła mu po pewnym czasie przyjść do siebie. Powiedział mi, że nuda jest dlań najokrutniejszą udręką"7. Najwcześniejszy olejny portret Chopina namalował we wrześniu 1829 roku w Warszawie Ambroży Mieroszewski, który wykonał również podobizny jego rodziców, sióstr Ludwiki i Izabeli oraz Wojciecha Żywnego. O tych obrazach Fryderyk pisał do Tytusa Woyciechowskiego 3 października 1829: „Jak przyjedziesz na przyszły miesiąc, zobaczysz całą naszą familię malowaną, nawet Żywny, co Cię często wspomina, zrobił mi surprizę, kazał się malować i Miroszesio tak go trafił, że do zadziwienia podobny"8. Wszystkie wizerunki wykonane przez Mieroszewskiego są utrzymane w tradycyjnej konwencji pamiątkowego „konterfektu". Chopin jest przedstawiony jako młodzieniec poważny, w pełni dojrzały duchowo, a jego rodzina i nauczyciel są równie poważnymi, godnymi osobami ze środowiska warszawskiej inteligencji, dobrze znanymi przedstawicielami artystycznych kręgów stolicy. Następnym, jedynie odnotowanym „polskim" portretem Chopina był powstały w 1835 roku w Paryżu obraz wykonany przez Józefa Kurowskiego (powstańca listopadowego, który spędził w Paryżu ponad 12 lat). Nie zachowały się żadne jego reprodukcje ani kopie; wiemy o nim tylko z listu Józefa Bema do Chopina z 27 lutego 1835: Kochany Szopciu! Wczoraj był Twój portret u księżnej Czartoryskiej, gdzie wiele było osób. Bardzo się podobał. A na rozpoczęcie prac naszego Kurowskiego Xiężna pierwsza daje się wymalować. Że zaś Twój portret potrzeba koniecznie wprzód oprawić, nim się go w obce ręce powierzyć musi, bo nawet wczoraj mało co go nie powalano, odsyłam Ci go dzisiaj; ale Cię będę prosił o pozwolenie tegoż, jak oprawiony będzie, bo go Xsiężna chce u dworu pokazać. Ściskam Cię serdecznie J. Bem9. Trzynaście lat później Antoni Kolberg (brat Oskara i Wilhelma) stworzył olejny obraz objaśniony napisem: „Portret Fryderyka Chopina oryginał malowany z natury w Paryżu w 1848 r. przez Antoniego Kolberga". Artysta ten pochodził z rodziny związanej z familią Chopinów najbliższą przyjaźnią; w 1832 roku narysował wnętrze salonu w ich warszawskim mieszkaniu. W latach 1847-1848 przebywał w Paryżu, gdzie odnowił dawną znajomość z Chopinem. Jego obraz uchodził za dzieło świetnie oddające fizjonomię i osobowość muzyka. Kompozytor Ignacy Krzyżanowski twierdził, że „podobieństwo rysów i wyrazu twarzy jest nadzwyczajne" i że „portret ten przestawia Chopina takim, jakim go widział po raz ostatni w Londynie w r. 1848-ym. [...] Gdy patrzę na ten portret - mówi p. Krzyżanowski - przysiągłbym, że widzę Chopina żywego, tyle w nim jest prawdy i charakteru"10. W tym wizerunku Kolberg potraktował pobieżnie ubiór i ręce modela, natomiast nadał jego zmienionej chorobą twarzy indywidualne znamię - poruszający wyraz zamyślenia, zapatrzenia we własne wnętrze wskazującego na głębię przeżycia i jakby ostateczne zawierzenie swojej muzyce, tak jak w latach młodości, kiedy o swoich troskach nie ludziom, lecz „fortepianowi gadał". Obraz Kolberga spłonął w Warszawie w 1944 roku, jego kopię wykonał około 1900 roku Kazimierz Mordasewicz (zbiory Towarzystwa im. Fryderyka Chopina w Warszawie; malarz ten był autorem jeszcze kilku innych podobizn Chopina). Za życia Chopina i wkrótce po śmierci wiele jego portretów wyszło spod ręki artystów obcych. Rysowali go i malowali Carl Hummel, Pierre-Roche Vigneron, Eugène Delacroix, Luigi Calamatta, Jakob Goetzenberger, Louis Gallait, Franz Xaver Winterhalter, Charles-Henri Lehmann, Giuseppe Fagnani, Albert Graefle oraz zajmujące się amatorsko rysunkiem Paulina Viardot-Garcia i George Sand. Chopin był podziwiany, lubiany, kochany nie tylko za geniusz muzyczny, ale także za cechy charakteru, osobowość, charyzmę, kruchość, delikatność i wdzięk. Portretujący go artyści na ogół nie uciekali się do celebracji, patosu czy usilnego wywyższania postaci wybitnego twórcy. W porównaniu z tym, co przekazują nam dagerotypy Chopina - anonimowy z około 1846 roku i Louis'a Auguste'a Bissona z roku 1849, jego rysy bywały oczywiście „wygładzane", upiększane i na sposób romantyczny idealizowane. Zdarzały się też wizerunki bardziej oficjalne czy reprezentacyjne (np. autorstwa Louis'a Gallaita), ale i one zachowywały pewną nutę łagodności, spokoju czy nawet uśmiechu (jak na portrecie Giuseppe Fagnaniego) i charakterystycznego dla tamtej epoki „sentymentu". Takie właśnie były obrazy Ary Scheffera, znanego malarza wyższych sfer i przyjaciela Polaków, który namalował alegorię upadku powstania listopadowego (Polonia powalona na ziemię przez Kozaka, z 1831 r.) oraz wiele portretów osobistości ze środowiska arystokracji polskiej, rodziny Zygmunta Krasińskiego, Potockich, Branickich i Adama Jerzego Czartoryskiego. Chopin przychodził do pracowni Scheffera w 1847 roku, o czym pisał do rodziny w liście z 28 marca - 19 kwietnia tego roku: „4-ty raz dosiadam listu tego dziś, 16-go kwietnia, i nie wiem, czy jeszcze go dokończę, bo dziś muszę pójść do Scheffera pozować na mój portret i 5 lekcji przyjąć"11. Kompozytor doceniał zaangażowanie swoich portrecistów, ale najbardziej podobały mu się autentyczne, swobodne podobizny chwytane „na gorąco" w jego dniu powszednim, takie jak np. bezpretensjonalny szkic Winterhaltera i dwa rysunki George Sand, w których pisarka uchwyciła go przy pracy, pochylonego nad manuskryptem, ubranego w zwykłą bluzę. 8 czerwca 1847 Fryderyk ponownie donosił rodzinie: Wczoraj pozowałem znów u Scheffera, portret idzie. - Winterhalter zrobił także mały ołówkowy dla mojego starego przyjaciela Planat de la Faye (o którym Wam kiedyś pisałem). - Bardzo podobny. Winterhalter Wam zapewne z imienia znany, poczciwy i dobry, i z wielkim talentem. Także Lehmann (o którym także musicie wiedzieć) zrobił mój mały portret dla Leona - ale to wszystko ani się umywało co do podobieństwa do tego, co ma Ludwika [Jędrzejewiczowa] przez P[anią] S[and]12. Portret Chopina, starannie wypracowany przez Scheffera, odznacza się wielką prostotą, harmonią i wdziękiem. Malarz uwiecznił w nim Fryderyka jako nieco melancholijnego artystę o smutnych oczach patrzących wprost na widza, wrażliwego intelektualistę, pięknego arystokratę ducha. W czasie sesji w jego pracowni powstał pierwszy olejny wizerunek muzyka w ujęciu do kolan, siedzącego w fotelu (był własnością Izabeli Barcińskiej, zaginął w 1863 roku podczas pożaru kamienicy Zamoyskich w Warszawie; znany jedynie z dagerotypu). Drugie płótno artysta namalował później w wersji zredukowanej do popiersia (własność Dordrechts Museum w Dordrechcie). Pierwotną wersję dzieła Scheffera (ograniczoną do popiersia) bardzo wprawnie skopiował na zlecenie księżnej Marceliny Czartoryskiej jego uczeń, młodo zmarły malarz Stanisław Stattler (syn Wojciecha Kornelego), opatrując tę kopię sygnaturą: „d'après Ary Scheffer / Staś Stattler / pour le 9 Janvier / 1858" (własność Muzeum Narodowego w Krakowie, Oddział Czartoryskich)13. Zupełnie inaczej przedstawia się znany olejny obraz Eugène'a Delacroix z 1838 roku - podwójny portret Chopina i George Sand, poprzedzony kompozycyjnym szkicem i ołówkowym studium popiersia muzyka, później barbarzyńsko rozcięty. Jak wskazuje pierwszy, dwuosobowy szkic i drzeworyt Alfreda Robauta, wykonany w 1873 roku jeszcze przed rozdzieleniem płótna, kompozytor wyobrażony był tam w chwili, gdy gra (improwizuje?) na fortepianie, a towarzyszy mu stojąca po lewej stronie jego przyjaciółka. Zachowany w Luwrze, nieukończony portret samego Chopina jawi się jak personifikacja natchnienia. Malarz uchwycił w nim to, co niewidzialne i niewyrażalne (a pozbawione znamion blichtru, patosu, celebry bądź oznak popularności czy sławy): głęboką duchowość mistrza i odblask muzyki, która stygmatyzuje bolesną twarz Chopina i jego promieniujące światłem oczy. Dziełem tym Delacroix pięknie wpisał się w romantyczny nurt correspondance des arts, w którym malarstwo, poezja i muzyka integrowały się w swojej genetycznej wspólnocie na rzecz wywyższenia universum - ideału, wyrazu i głębi przeżycia opartego na metafizycznym pierwiastku14. Energia emanująca z tego szkicowego portretu, „rzuconego" na płótno w porywie emocji, zaświadcza o osobistej „tonacji" uczuciowej i silnej więzi, jaka łączyła obu twórców. Można sądzić, że to także dzięki niej Delacroix dochodził w swoim malarstwie do plastycznej transformacji „barw dźwięku", nasycając swoje obrazy harmonią i kolorystyką muzyczną. Wiadomo, że malarz otaczał kultem Mozarta i Chopina i był rozmiłowany w ich kunszcie. Dobrze znał Fryderyka, często się z nim spotykał i prowadził niekończące się rozmowy. Chopin jawił mu się jako niezrównany „czarujący geniusz", człowiek doskonałego serca i umysłu, najprawdziwszy artysta należący do tych rzadko spotykanych ludzi, których można czcić i podziwiać, kapłan żywego Boga, gdy bowiem gra, „sam Bóg muzyką zstępuje na jego boskie palce". Po zgonie Fryderyka Delacroix nie mógł odżałować straty swego „anielskiego przyjaciela", „którego niebo pozazdrościło ziemi", Serafina „wzbudzającego teraz zachwyt sfer niebieskich"15. Portret z 1838 roku nie był jedynym dziełem Delacroix związanym z Chopinem. Prawdopodobnie między 1846 a 1847 rokiem artysta narysował popiersie Chopina jako Dantego, z głową nakrytą florencką kapuzą i otoczoną wieńcem laurowym (z napisem „Cher Chopin", własność Musée du Louvre). W latach czterdziestych pracował nad Plafonem Homera w Bibliotece Senatu pałacu Luksemburskiego; przedstawił tam Chopina pod postacią Dantego, którego Wergiliusz przedstawia Homerowi, wprowadzając go w krąg Nieśmiertelnych. 1 kwietnia 1847 Delacroix, Chopin i George Sand wspólnie oglądali kopułę z tym freskiem16. Oprócz obrazów malarzy polskich przypominamy tu również dzieła artystów obcych, ponieważ i one weszły w obszar naszej kultury i funkcjonowały w polskiej świadomości zbiorowej. W ciągu dziesięcioleci do Polaków żyjących w kraju i na emigracji docierały reprodukcje portretów Chopina rozpowszechniane w różnych technikach graficznych i publikowane w prasie. I tak np. w odbitkach litograficznych zostały spopularyzowane jego podobizny wykonane z olejnego portretu Vignerona (drukowane na nutach Ronda c-moll op. 1, sprzedawane po 10 złotych w 1834 roku w Warszawie, a następnie zamieszczane w tygodnikach „Przyjaciel Ludu" i „Muzeum Domowe" w roku 1836). Wielokrotnie kopiowano znany portret Scheffera, także w miniaturze na zamówienie księżnej Marceliny Czartoryskiej, odtwarzano go też w rysunkach, litografiach i spopularyzowano w fotografii Marcina Olszyńskiego z 1862 roku. Rysunek Winterhaltera i kopia rysunku Goetzenbergera trafiły do zbiorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Portret Chopina pędzla Delacroix powtarzano w rycinach już od 1838 roku, a później Leon Wyczółkowski wykonał zeń piękną litografię. Spośród artystów polskich na miano „pierwszego portrecisty Chopina" zasługuje Teofil Kwiatkowski, wybitny przedstawiciel romantyzmu w malarstwie polskim, który prawie całe życie spędził poza krajem. Studiował na Oddziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warszawskiego u Antoniego Brodowskiego i Antoniego Blanka. Walczył w powstaniu listopadowym, w 1832 roku wyemigrował do Francji, gdzie kształcił się jeszcze u Leona Cognieta. Tworzył przesycone romantyczną aurą olejne krajobrazy Prowansji i Burgundii oraz wiele ulotnych, zjawiskowych szkiców, rysunków i akwarel o niezrównanej delikatności: widoków przyrody, scen rodzajowych, kostiumowych, patriotycznych i alegorycznych oraz portretów i kompozycji związanych z Chopinem17. Nie wiadomo, kiedy Chopin i Kwiatkowski spotkali się po raz pierwszy (być może jeszcze w latach trzydziestych?), jedynie rok „1843" wpisywany przez artystę na niektórych wizerunkach muzyka potwierdza ich zażyłość, podobnie jak świadectwa osób znających Kwiatkowskiego, Fredericka Niecksa czy Wojciecha Gersona, a także Eugène'a Delacroix, który wspominał go jako przyjaciela Chopina18. Malarz dyskretnie towarzyszył mu w życiu, widywał go na wieczorach muzycznych, bywał częstym gościem w jego domu i był z nim do końca. Przechowywał też kilka rękopisów Fryderyka, autograf sztambuchowy pochodzącej z 1838 roku pieśni Wiosna WN 52 do słów Stefana Witwickiego, z dedykacją „Kochanemu Teofilowi Kwiatkowskiemu 4. Sept. 1847. Paryż F. Chopin"19. Kwiatkowski wykonał około stu podobizn kompozytora w rozmaitych ujęciach i okolicznościach. Prawdopodobnie w 1843 roku namalował jego olejny portret dawniej błędnie przypisywany Luigiemu Rubio; na niewątpliwe autorstwo polskiego artysty wskazuje litografia Hermanna Raunheima z napisem wymieniającym autora pierwowzoru. Oprócz obrazu Delacroix ten bodaj najbardziej prywatny i autentyczny wizerunek Chopina, pozbawiony wszelkich dekoracyjnych efektów i wizualnych „smaczków", przykuwa uwagę pięknie wymodelowaną, łagodną, spokojną, a zarazem „wymowną" twarzą muzyka i przekazanym w tym dziele ciepłym wyrazem uczuć, jakie malarz żywił dla swego modela (zbiory Alfreda Cortot). Kwiatkowski rysował i malował akwarelą niewielkie kameralne portrety Fryderyka, utrwalał chwile, kiedy grał, uwiecznił widok salonu w jego ostatnim mieszkaniu przy Place Vendôme 12. W 1843 roku ustalił - wielokrotnie później powtarzany - typ wizerunku alegorycznego, który miał ujawnić szczególne cechy osobowości „Ariela fortepianu": uduchowienie, oderwanie od codzienności, zatopienie w sztuce. Kwiatkowski stworzył w nim „emblematyczną" figurę romantycznej wyobraźni - Chopin ujęty w siedzącej postawie, z głową wspartą na dłoni, bosy, odziany w fantazyjny ubiór i „zawieszony" w nieokreślonej przestrzeni, pogrążony jest w zadumie jak Mickiewicz „na Judahu skale" z obrazu Walentego Wańkowicza (najwcześniejsza akwarela z tego cyklu datowana „1843 - Paris", około 1900 roku była własnością Lucjana Wrotnowskiego w Warszawie). Późnym latem 1849 roku stan zdrowia Chopina uległ takiemu pogorszeniu, że nie było już nadziei na wyzdrowienie. Wezwana przezeń Ludwika Jędrzejewiczowa przyjechała w sierpniu do Paryża. Pielęgnowany przez siostrę, spędzał ostatnie tygodnie w gronie bliskich osób. Wkrótce narodził się pomysł obrazu znanego pod nazwami Chopin podczas ostatniej choroby lub Ostatnie chwile Chopina. Kwiatkowski namalował pięć wariantów tej kompozycji: jedną akwarelę (wystawioną w Salonie paryskim w 1850 roku) i cztery obrazy olejne, z których zachowała się tylko jedna najbardziej rozbudowana wersja, pomyślana jako zbiorowy portret uczestników dramatu (zbiory Towarzystwa im. Fryderyka Chopina w Warszawie). Przy łożu chorego czuwają jego siostra Ludwika (namalowana według dagerotypu zdjętego w tym samym roku w Paryżu), księżna Marcelina Czartoryska, ksiądz Aleksander Jełowicki, Wojciech Grzymała i stojący za nim Teofil Kwiatkowski. 17 października 1849 o drugiej w nocy malarz był obecny przy zgonie Chopina. Tego dnia o świcie rozpoczął pracę nad jego pośmiertnym wizerunkiem; według tradycyjnych przekazów w ciągu dwóch dni sporządził trzy akwarele uważane za prototypy późniejszych licznych replik. Te pozgonne portrety, malowane pod wpływem silnego przeżycia, wiarygodnie odtwarzają wyostrzone rysy zmarłego, zarys głowy i rozrzucone na poduszce włosy. W następnych latach malarz często powtarzał to przedstawienie w różnych ujęciach, opatrzonych przeważnie datą śmierci kompozytora i dedykacjami dla znajomych i przyjaciół20. Kwiatkowski wiele zawdzięczał rodzinie Czartoryskich: zrazu książę Adam pomagał mu w uzyskaniu środków do życia i nauki, a później przyjął na siebie rolę mecenasa malarza. Artysta portretował jego bliskich i tworzył dziesiątki pamiątkowych akwarel, często o wydźwięku patriotycznym (odnoszącym się zwłaszcza do powstań polskich), którymi wspierał ideowy program księcia. W latach 1849-1860 pracował nad cyklem przedstawień znanych jako Polonez Chopina lub Bal w Hôtel Lambert w Paryżu, łączących apoteozę dawnej, szlacheckiej i rycerskiej Polski z rodzącą się już wówczas legendą chopinowską i współczesnym życiem polskiej emigracji21. Scalenie owych wątków sprawiło, że ta wielofiguralna kompozycja (zrealizowana w kilku wariantach) stała się XIX-wieczną „alegorią narodową", romantycznym przesłaniem mówiącym o duchowej sile Polaków walczących o niepodległość, wydziedziczonych, skazanych na życie poza ojczyzną. Najbardziej rozbudowaną wersję obrazu Kwiatkowski zamknął w ramach jednego konkretnego wydarzenia: wielkiego kostiumowego balu dworskiego familii Czartoryskich (jednego z tych, jakie organizowała księżna Anna z Sapiehów Czartoryska), lecz przeniesionego do wnętrza ogromnej świątyni przypominającej fantastyczną architekturę dekoracji teatralnych. Do takiej symbolicznej przestrzeni wprowadził tłum postaci wybranych z różnych czasów. Po prawej stronie obrazu pochylony nad klawiaturą i wpatrzony w nuty Chopin gra poloneza; otacza go kilka osób: księżna Marcelina Czartoryska z synem Marcelim, Adam Mickiewicz, George Sand, młoda dama i ukryty w cieniu autor obrazu oraz mała bosa dziewczynka z długimi warkoczami - wieśniacza muza Fryderyka22. Lewą stronę kompozycji zajmuje grupa gospodarzy balu - okryty długim płaszczem „król emigracji" książę Adam Czartoryski, za nim stoją Izabela Działyńska ze swym mężem Janem (w zbroi), dalej Anna Czartoryska (w kostiumie Barbary Radziwiłłówny), syn księstwa Władysław (w stroju polskim) ze swą żoną Marią z Amparów i Maria z Grocholskich Witoldowa Czartoryska (w sukni z motywami litewskiej Pogoni). Środkiem sali przesuwa się taneczny korowód kontuszowej szlachty, postaci wywołanych z przeszłości, którym przewodzą zastygły w polonezowym pas Zawisza Czarny i towarzysze pancerni - uskrzydleni husarze; nie wiadomo, czy są to przebrani goście Czartoryskich, czy widmowe postacie dam, rycerzy i bohaterów (ta podstawowa, akwarelowa wersja, datowana na rok 1859, znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu). Ów narodowy spektakl, łączący tak różne światy, w swoisty sposób dotyka prawdy tamtego czasu, życia tych środowisk emigracyjnych, które pielęgnowały tradycyjne wartości. Wszelako jego prawdziwie duchowym eterem było niewidzialne tchnienie muzyki Chopina. Zarazem ten symboliczny Bal w Hôtel Lambert stał się mimowolnym pożegnaniem epoki romantyzmu, przesyconym atmosferą melancholii, schyłku, odchodzenia. Jego uczestnicy, w pół kroku zatrzymani w malarskich kadrach, zastygli w somnambulicznym transie, niczym aktorzy imaginacyjnego teatru cieni. Pół wieku później Stanisław Wyspiański kazał tańczyć gościom Wesela podobny taniec zapomnienia. Z upływem lat w chopinowskiej ikonosferze wyrównany ton i decorum romantycznych „konterfektów" ulegały radykalnym zmianom, przełamywane polaryzacją postaw artystycznych następnych pokoleń twórców, którzy po śmierci muzyka zawierzyli impulsom kreującym jego legendę i przede wszystkim własnej wyobraźni. W drugiej połowie XIX i na początku XX wieku malarze akademicy, realiści, neoromantycy, symboliści tworzyli iluzoryczne kompozycje przywołujące pamięć o Chopinie i jego muzyce zakotwiczonej w tym, co rodzime, i tym, co uniwersalne23. W 1887 roku rozmiłowany w antyku sławny malarz Henryk Siemiradzki podjął - rzadki w jego twórczości - temat polski ilustrujący koncert Chopina w salonie Radziwiłłów. Z „akademickim realizmem" oddał fabułę tego zdarzenia w typowej scenerii arystokratycznej rezydencji, gdzie młody muzyk gra przed rodziną księcia i jego gośćmi. Wokół fortepianu zgromadzili się: książę Antoni Radziwiłł, jego córki Eliza i Wanda (owe „dwie Ewy" tak lubiane przez Fryderyka), dalej księżna Luiza Radziwiłłowa, Aleksander von Humboldt (z głową wspartą na ręce) i pozostali goście. Ten reprezentacyjny obraz malowany z wielką wprawnością pędzla, zwłaszcza w oddaniu szczegółów wnętrza i strojów, razi jednak szablonowym, konwencjonalnym ujęciem, zwłaszcza w opracowaniu postaci Chopina, sztywnej, niezręcznie upozowanej i zachwianej perspektywicznie (własność prywatna)24. Z kolei dwa dzieła Wojciecha Gersona, oparte na wątkach anegdotycznych, to pochodzące z 1894 roku obrazy: Chopin zamyślony nad Utratą i Chopin w Żelazowej Woli wsłuchujący się w śpiew wiejskiej dziewczyny (zaginione); inspiracją dla tych przedstawień były uroczystości odsłonięcia jego pomnika w Żelazowej Woli 14 października tego roku. Obydwie prace miały przypominać o dobrze znanych i wielokrotnie podnoszonych związkach kompozytora z rdzennie polską twórczością ludową i przeżywaną od najmłodszych lat fascynacją rodzimym folklorem25. Do rodzimych pierwiastków nawiązywał też wielki wizjoner Witold Pruszkowski, apologeta i odnowiciel romantycznego etosu literackiego i historiozoficznego, miłośnik archetypów obecnych w ludowych wierzeniach, rytuałach, przypowieściach. W 1888 roku namalował obraz występujący pod różnymi tytułami, Wyjątek z nokturnu Chopina op. 37 nr 2 i Diabeł zakochany w starej wierzbie, zaginiony, znany tylko z opisu: „W szarym zmierzchu tonie krajobraz pełen fantastycznego uroku, a pośrodku płótna - sucha wierzba, do której tuli się legendowy diabeł, ledwie tylko zaznaczony mglistym, szaroniebieskawym zarysem kształtów"26. To właśnie Pruszkowski - bodaj po raz pierwszy - połączył nokturnowy motyw z „kultowym" drzewem związanym z tradycyjnymi nawykami myślowymi i emocjonalnymi. W świecie symboli wierzbie zostały przypisane wielorakie znaczenia wyrażające na przemian jej pozytywne i złowróżbne właściwości: siły żywotne, zdrowie, moc, radość, mądrość, giętkość, wytrwałość, tęsknotę, smutek, śmierć, żałobę, ale i zmartwychwstanie. Zarazem jest ona charakterystyczną „figurą" polskiego melancholijnego pejzażu, tajemniczym wizualnym znakiem przywołującym różne sentymenty, nastroje i odczucia, takie jak nostalgia, smętek, zaklęcia, czary, swawole swojskiego diabła „pokuśnika" Rokity, radość z odradzania się wiosny i Świąt Wielkanocnych. Dużo później ekscentryczny rzeźbiarz i malarz Bolesław Biegas namalował Chopina szukającego natchnienia w targanej wiatrem wierzbie (olej, 1929, zbiory Claude'a Kechichiana) i to ona, wyrzeźbiona w monumentalnej skali i podniesiona do rangi symbolu, ochrania muzyka swoją rozgałęzioną „dłonią" na pomniku Wacława Szymanowskiego w Łazienkach Królewskich. W połowie XX wieku Tadeusz Trepkowski pięknie zinterpretował motyw mazowieckich wierzb w znanym plakacie przygotowanym na V Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w 1955 roku. Na przełomie wieków ważną inspiracją dla wielu polskich artystów stały się „odblaski" muzyki Chopina. Władysław Czachórski, Michał Elwiro Andriolli, Józef Wodziński tworzyli sceny z damami grającymi nokturny (spopularyzowane w drzeworytniczych prasowych reprodukcjach). Edward Okuń był autorem kilku muzycznych kompozycji, obrazu «Chopin-Nocturno» z postacią skrzypka stojącego we wnętrzu przy oknie na tle nocnego nieba (1901 lub wcześniej, zaginiony) i dużo słabszego Mazurka Chopina (z 1905 lub 1906 roku, zaginiony), przedstawiającego korowód wieśniaków tańczących w takt melodii wygrywanej przez upiornego skrzypka27. Józef Męcina-Krzesz odwoływał się do wątków eschatologicznych - po 1905 roku stworzył okazałe płótno Ostatnie akordy Chopina, będące przykładem młodopolskiej wyobraźni lubującej się w nastrojach niesamowitości i grozy, tu wyrażonych banalnymi motywami gasnącej świecy i zjawy śmierci przyzywającej omdlałego Chopina (zbiory Towarzystwa im. Fryderyka Chopina w Warszawie). W podobnej konwencji utrzymany był rysunek Marche funèbre Zygmunta Badowskiego z wyobrażeniem niewiasty z urną i postacią muzyka spowitego kłębami dymu (repr. „Świat" 1910, nr 52, s. 12). O tym, jak bardzo artyści wsłuchiwali się w chopinowskie natchnienia, świadczy ostatnie dzieło Władysława Podkowińskiego Marsz żałobny Chopina, zaczęte na jesieni 1894 roku, nieukończone, bo przerwane przez śmierć artysty. Impulsem do stworzenia tej symbolicznej kompozycji był poemat Kornela Ujejskiego Marsz pogrzebowy z cyklu Tłumaczenia Chopina i Beethovena. Opowieść poety o mężczyźnie rozpaczającym po stracie ukochanej została w tym obrazie sprowadzona do kilku metaforycznych znaków pozbawionych wszelkiej dosłowności - do posępnego, zadrzewionego pejzażu, zarysów dzwonów, ptaków i aniołów, tumanu mgły i majaczącej w głębi postaci mężczyzny z rozrzuconymi rękami i twarzą wykrzywioną spazmatycznym grymasem. Niezależnie od inspiracji literackich młody malarz, nękany atakami postępującej gruźlicy, zawarł w tym dziele metaforę własnego losu - walki z bólem, lękiem i dojmującym poczuciem odchodzenia. Cezary Jellenta, znakomity krytyk, twórca teorii intensywizmu, wnikliwie zanalizował to płótno pisząc, że to właśnie Podkowiński jak nikt inny rozumiał, że „rozpacz, gdy zalewa całą istotę człowieka, odbiera mu i wzrok, i zdolność pojęcia - i nurza go w jednym strasznym, głuchym jak dzwony cmentarne zamęcie wrażeń". Marsz żałobny Chopina był arcydziełem modernistycznej „intensywności uczuć" i odpowiadał temu, co Jellenta uważał za najważniejsze, a co objawia się przez jedność i szybkość, doraźność, błyskawiczność wrażenia, jakie niekiedy udaje się osiągnąć wielkim malarzom, którzy stopili zuchwale wszystkie drobne efekta i kształty w jednej potężnej plamie obrazu, w jednym potężnym akcencie i nastroju: zgrzycie, wichrze, piorunie, zasępie, grozie, bujności28. W 1904 roku Antoni Potocki zainicjował na łamach paryskiej „Sztuki" rozpisanie konkursu na kompozycję rysunkową „zaczerpniętą z dzieł Fryderyka Chopina". 15 sierpnia tego roku sąd konkursowy w składzie: Olga Boznańska, Józef Pankiewicz i Antoni Sygietyński, wskazał wybrane i nagrodzone projekty, wśród nich wyróżnioną pracę nadesłaną pod godłem „Gołąb" (z dziewczyną grającą utwór Chopina, której towarzyszy duch) i drugą pod godłem „Zbyszko" (z widmem śmierci wybijającym na rozkołysanym dzwonie takty Marsza żałobnego). Pierwszej nagrody nie przyznano, trzecią otrzymał Eli Nadelman za rysunek Chopin, który był „zupełną niespodzianką dla wszystkich", znakomity skulptor bowiem przełożył w nim ingenium Chopina na metaforę człowieczego losu, pojętą w duchu literackich fantasmagorii Stanisława Przybyszewskiego. Ukazał osobliwą wizję ludzkich emocji, namiętności i ekstatycznych doznań w rzeźbiarsko potraktowanych zarysach dwóch nagich figur mężczyzny i kobiety splecionych w spazmatycznym uścisku, w których Potocki dostrzegł wymowne świadectwo „ogólnoludzkiego bólu". Druga nagroda przypadła Gustawowi Gwozdeckiemu za rysunek Ballada F-dur Chopina, zagadkową, trudną do rozszyfrowania scenę, w której objawione zostało osobiste przeżycie utworu Fryderyka (a pamiętajmy, że sam Gwozdecki był pianistą i znawcą muzyki). Środkową część kompozycji zajmuje tajemnicza postać mężczyzny w dziwnym kapeluszu, uchwycona w obronnym czy modlitewnym geście; po prawej stronie widoczny jest krzyż nagrobny, a z lewej wyłania się konny husarz. Antoni Potocki tak opisał tę „fantazję": Ktoś na mogile wiejskiej bolejący - pielgrzym jakiś; jakiś pancerny na obłokach. [...] Kiry na pierwszym planie, ciemność widmowa, dalej martwa bladość lic pielgrzyma, sylwetowy cień krzyża i wreszcie tło obłoków, nasiąkniętych miękko jasnością i cieniem na przemiany. Cała potężna harmonia czarnych i białych tonów - harmonia żałoby29. Rysunek ten był pomyślany jako część tryptyku. Druga kompozycja Gwozdeckiego, odbita w akwaforcie w 1910 roku, przedstawia zamyślonego, „melancholicznego" Chopina wędrującego przez rozległy krajobraz, którego jedynym akcentem jest krzyż identyczny jak na poprzednim rysunku (własność New York Public Library). Jeśli te dwie prace potraktuje się jako pewną całość (o trzeciej części planowanego tryptyku nic nie wiemy), to można przypuszczać, że są „przeniesieniem" muzycznej struktury, narracji i nastroju Ballady F-dur na sferę ikoniczną, na plastyczną „opowieść" o tym utworze opartym na ostrym kontraście dwóch wątków: spokojnego, epickiego, idyllicznego i burzliwie dramatycznego, katastroficznego, wzbudzającego dreszcz niepokoju. W 1909 roku Jan Ciągliński dokonał transformacji jeszcze innego dzieła muzycznego na język plastyki: namalował obraz Fryderyk Chopin - Scherzo h-moll, utrzymany w nieco „demonicznej" konwencji, która miała przypominać o ekspresyjnym napięciu i dramatycznym brzmieniu tego scherza (własność Muzeum Narodowego w Warszawie). Tu warto przypomnieć, że w pierwszej dekadzie XX wieku młodopolskie fantomy (niekiedy o rodowodzie quasi-romantycznym) ulegały rozmaitym przekształceniom i wchodziły w szeroki obieg społeczny. Powstawały wówczas sentymentalne „obrazki" reprodukowane seryjnie na pocztówkach, utrzymane w jarmarcznej poetyce fantazji, snu, marzenia, bezwartościowe „skarby" kultury masowej, epatujące publiczność repertuarem różnych motywów wizualnych budzących grozę lub tkliwe wzruszenia. Żywy naówczas kult wybitnych twórców sprawił, że autorzy owych obiektów nie oszczędzali ani Chopina, ani Mickiewicza i Słowackiego. Pretekstem do takiego obrazowania miała być malarska „interpretacja" poszczególnych utworów Chopina (z dodanymi fragmentami nut). I tak np. Zygmunt Badowski pokazał Poloneza As-dur z pochodem osób w strojach polskich, Berceuse Des-dur z aniołem nad kołyską dziecka, Nokturn Fis-dur z nimfami snującymi się przed pałacem w Łazienkach oraz Preludium h-moll z grającym Chopinem i klęczącą smętną niewiastą. Około 1910 roku Tadeusz Korpal wymalował muzyka siedzącego przy fortepianie między kościotrupem w zbroi a kobiecą zjawą spływającą z okna na smudze księżycowego światła, a Adam Setkowicz powiązał Apoteozę Chopina z pochodem pogrzebowym idącym w takt Marsza żałobnego30. Już nie tak prymitywne, lecz wyraźnie stereotypowe i naiwne były jeszcze inne kompozycje, które w podniosły sposób miały utrwalać pamięć o kompozytorze, np. Mazurek Feliksa Michała Wygrzywalskiego (olej, 1910, Muzeum Mazowieckie w Płocku) z grającym Chopinem, tańczącymi parami w tle i zjawą nagiej kobiety unoszącą się nad fortepianem czy Portret fantastyczny Fryderyka Chopina wsłuchanego w śpiew wieśniaczki i melodię wygrywaną na fujarce przez pastuszka, pędzla Stanisława Zawadzkiego (olej, 1919, Muzeum Sztuki w Łodzi)31. W 1910 roku Stanisław Brzozowski pisał, że wprawdzie modernistów olśniewały duchowe konstrukcje romantyzmu, lecz „romantycy usiłowali przemóc w sobie upiora, [a] Młodej Polsce upiór właśnie był głębią i prawdą"32. Na przełomie wieków Chopin był jedną z ikon zbiorowej wyobraźni ucieleśniających młodopolski mit artysty, który swoją duchowością i sztuką zaklina rzeczywistość, przenosząc ją w sferę doświadczeń metafizycznych. Na potrzebę takiej mitologizacji odpowiedzieli poważni, wybitni twórcy tamtego czasu: Nadelman, Podkowiński, Gwozdecki i przede wszystkim Wojciech Weiss, którzy poszukiwali nowych form ekspresji i odkrywali Chopina na nowo, odtwarzając jego image w pewnym porządku symbolicznym, zawieszonym między melancholią a szaleństwem. Dla tego pokolenia niezwykle istotna była lekcja Stanisława Przybyszewskiego (który podążał za myślą Arthura Schopenhauera i Friedricha Nietzschego) i to za jego sprawą symbolizm stał się wówczas filozofią sztuki kreującą modernistyczne utopie będące ewokacją człowieczych „rzeczy pierwszych". Podstawą estetycznej myśli autora Confiteor były psychologiczne teorie „nagiej duszy", nieodgadnionej istoty bytu, sfery podświadomości, intuicji, uwolnionego instynktu płci. Fatalistyczna wizja ciemnej strony ludzkiego życia wraz z jego piętnem bólu, rozpaczy, samotności, dramatu istnienia i przemijania przekładała się na sztukę, która według przekonania „smutnego szatana" miała być przejawem „woli jaźni" wywołującej z nicości nowe światy. Przybyszewski napisał kilka tekstów o Chopinie, w których przekazał neurotyczny obraz jego osobowości. Fryderyk był dlań „wyrazicielem zaburzeń chorych nerwów, jątrzących mąk, nieumiejscowionych bólów i dygocących lęków", „człowiekiem ustawicznych wstrząsów, musujących fermentów, gorączkowych majaczeń, upajających ekstaz i obłędnych zadum", twórcą muzyki o najwyższej energii, objawiającej w ostatnich latach „piętno psychozy przerażenia" i przede wszystkim to, co „niewyrażalne, zagadkowe, przelotne i upiorne w człowieku"33. W takim klimacie kształtowała się wczesna twórczość Wojciecha Weissa, który pod wpływem myślowych fantazmatów i (zapewne) nocnych alkoholowych „recitali" Przybyszewskiego podjął tematykę związaną z Chopinem. Młody malarz był zafascynowany postacią, dziełem i legendą kompozytora (podobnie jak Gwozdecki otrzymał wykształcenie muzyczne i grał na różnych instrumentach). W 1899 roku wykonał serię rysunków, w tym kilka szkiców popiersia i twarzy Chopina oraz dwa studia jego postaci osadzonej w nierzeczywistym miejscu i czasie (rysunki w zbiorach rodziny artysty; jeden zaginiony reprodukowany w „Życiu" 1899, nr 10, s. 186, i nr 19-20, s. 351). Dwa ostatnie szkice, wyobrażające grającego Chopina, a odznaczające się nasiloną ekspresją (podkreśloną jeszcze zarysami widmowych głów kobiecych), objawiły się jako „znaki" rozpoznawcze epoki. Posługując się płynną, giętką, ruchliwą kreską, Weiss stworzył własny język form odpowiadających wizualizacji muzyki; odrealnił materię przedstawień, pokazał Chopina jako bezcielesną zjawę obdarzoną nadzmysłową energią i personifikację „ducha" pianisty, który symultanicznie rozbieganymi dłońmi wydobywa z klawiatury burzę szalonych dźwięków. Powyższe szkice były jakby „ćwiczeniami" do finalnego obrazu Szopen ofiarowanego Przybyszewskiemu. To zaginione dzieło wisiało - wraz z pracami Muncha i Skarbami Sezamu Wyspiańskiego - w krakowskim mieszkaniu pisarza (który w momencie kryzysu finansowego usiłował sprzedać ów „cudowny obraz" Elizie Pareńskiej). Weiss osiągnął w nim kulminację muzycznej wizji spotęgowanej niemym krzykiem grającego Chopina leżącego na skraju rozległego krajobrazu w stanie ekstremalnego przeżycia ekstazy lub śmierci (?). Jego postać jest figurą „panoramiczną", która stała się organiczną częścią przestrzeni, niejako ogromnym wzgórzem wypełniającym pierwszy plan kompozycji34. W 1900 roku Stanisław Lack pisał o tym obrazie: Szopen to „utwór, który przedziwnie i niemal ostatecznie odsłania tajemną istotę tego artysty, jego sposobu tworzenia i ujmowania przedmiotu". Do wielorakich znaczeń zawartych w tym dziele Weissa najbardziej wyraziście przylegają słowa Stanisława Przybyszewskiego: [Chopin] leżał rozpostarty na gwiazdach w ciężkiej zadumie, bo nadeszła straszna chwila, w której nieznana ręka nieznanego Boga rozkazała mu zejść na ziemię i stać się ciałem. Wszystkie światy toczyły w szalonych pędach olbrzymie kręgi wokół niego. A przed oczyma jego przelatywały ogromne globy, czerwone jak rozpalone żelazo, zielone i lśniące, jak łuski jadowitych wężów; światy zamarłe, pokryte wiecznym śniegiem, pełne otchłannych przepaści i iglastych grzbietów potwornych skał, światy kwieciem umajone, gdyby dziewicze raje, to znowu światy w ogniu i lawą wrzących odmętach poczęcia; w olbrzymich łuskach pryskały przez niebo spadające gwiazdy i tonęły w oceanach, ale obojętnie przesuwały się jego oczy przez wszystkie te niebieskie dziwy. [...] Nic nie jest w stanie oddać potęgi, czaru, wizji i snów Szopena. Trzeba wniknąć w tajemnicę dźwięku jego, pamiętać o tym, że każdy jego ton to nie oderwany symbol muzyczny, ale obnażone serce, bijące, żywe, z piersi wyrwane; trzeba pogrążyć się w bólach i cierpieniach wielkiego mistrza; trzeba wssać się w jego głębię, aż obie dusze, twórcy i słuchacza, zleją się ze sobą; trzeba jednym słowem odczuwać muzykę poza muzyką: odczuwać metamuzycznie35. I tak oto przeszliśmy przez galerię obrazów, z których w ciągu dziesięcioleci wyłaniają się coraz to inne twarze Chopina żyjące w przestrzeni sztuki, która - jak mówił Zbigniew Herbert - musi istnieć, „ponieważ świat bez obrazów byłby po prostu niepojęty".Aleksandra Melbechowska-Luty *Pierwsza publikacja artykułu za: Chopin w kulturze polskiej, praca zbiorowa pod red. M. Goląba, Wrocław 2010 [ przyp. red.]. Za rozmowy, konsultacje i wszelką pomoc, także przy pozyskaniu materiału ilustracyjnego Autorka artykułu dziękuje Pani Hannie Wróblewskiej-Straus oraz Paniom Małgorzacie Biernackiej, Zofii Chechlińskiej, Marii Gołąb, Hannie Kotkowskiej-Barei, Małgorzacie Sobieraj i Panu Andrzejowi Dzięciołowskiemu. 1 Ikonografię Chopina od jego lat młodzieńczych do końca życia opracowali: R. Bory, La Vie de Frédéric Chopin par l'image, preface par A. Cortot, Paris 1951; M. Idzikowski, Sydow, Portret Fryderyka Chopina, Kraków 1952; iidem, Portret Chopina. Antologia ikonograficzna, Kraków 1963; M. Tomaszewski, B. Weber, Fryderyk Chopin. Diariusz par image, Warszawa-Kraków 1990; E. Burger, Frédéric Chopin. Eine Lebenschronik in Bildern und Dokumenten, München 1990. Zob. też H. Wróblewska-Straus, Katalog zbiorów Muzeum Towarzystwa imienia Fryderyka Chopina. Ikonografia, pamiątki i sztuka użytkowa, Warszawa 1970. 2 List Fryderyka Chopina do Tytusa Woyciechowskiego w Poturzynie, Warszawa, sobota, 14 XI 1829, [w:] Korespondencja Fryderyka Chopina, zebrał i oprac. Sydow, t. 1, Warszawa 1955, s. 112-113. [Błędnie podana data listu: 14 I 1829]. 3 Odnalezione portrety Chopina (ze zbiorów antonińskich), „Muzyka" 1954, nr 3-4, s. 36-44; Nowaczyk, Chopin na traktach Wielkopolski Południowej, Kalisz 2006, s. 59-85. 4 Dane biograficzne Chopina podaję za: M. Tomaszewski, Chopin. Człowiek, dzieło, rezonans, Poznań 1998; Zieliński, Chopin. Życie i droga twórcza, Kraków 1998. O portrecie Chopina pędzla Marii Wodzińskiej zob. Artystki polskie, katalog wystawy, koncepcja, scenariusz oraz redakcja naukowa katalogu A. Morawińska, Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa 1991, s. 360. 5 Własność Fundacji XX Czartoryskich, Muzeum Narodowe w Krakowie, Zbiory Czartoryskich. Idzikowski i Sydow datują ten szkic na ok. 1844 r. (Portret Chopina. Antologia, s. 87). 6 C. Norwid, Czarne kwiaty, [w:] idem, Pisma wszystkie, wyd. Gomulicki, t. 6, Warszawa 1971, s. 178: idem, List do Cezarego Platera z ok. 25 X 1849, ibidem, t. 8, s. 80-81; A. Melbechowska-Luty, Sztukmistrz. Twórczość artystyczna i myśl o sztuce Cypriana Norwida, Warszawa 2001, s. 195-197. 7 Gomulicki, Norwid i Chopin, „Współczesność" 1969, nr 18, s. 7, nr 19, s. 11; idem, Słownik biograficzny adresatów Norwida, [w:] Pisma wszystkie, t. 10, s. 366; idem, Pierwszy pobyt Norwida w Paryżu, 1849-1852, [w:] Pisma wszystkie, t. 11, s. 60, 166; E. Delacroix, Dzienniki, t. 1 (1822-1853), oprac. A. Joubin, przeł. J. Guze i J. Hartwig, Wrocław 1968, s. 178. 8 Korespondencja..., t. 1, s. 108. W tym liście oraz w cytowanym poprzednio z 14 XI 1829 Chopin dwukrotnie podał nazwisko malarza jako Miroszewski i zdrobniale Miroszesio. Zapewne stąd wziął się błąd w pisowni nazwiska powtarzany w literaturze chopinowskiej; artysta ten nazywał się Ambroży Mieroszewski i tak też sygnował swoje obrazy. Portret Chopina zaginął w czasie II wojny światowej; jego miniaturową kopię odtworzyła z reprodukcji Anna Chamiec w 1968 r. 9 Ibidem, t. 1, s. 254. 10 H. Dobrzycki, Kilka słów o portretach Chopina, „Tygodnik Ilustrowany" 1894, półr. I, s. 124. 11 Korespondencja..., t. 2, s. 193 12 Ibidem, s. 206. 13 O obrazach Ary Scheffera zob. Ewals, Ary Scheffer i Polska, [w:] Romantyzm. Malarstwo w czasach Fryderyka Chopina, koncepcja wystawy i redakcja naukowa katalogu A. Morawińska. Zamek Królewski w Warszawie, Warszawa 2000, s. 37-45, 302. 14 Sydow, Chopin i Delacroix (Historia jednego portretu), „Kwartalnik Muzyczny" 1949, nr 26-27, s. 15-26; J. Starzyński, O romantycznej syntezie sztuk. Delacroix, Chopin, Baudelaire, Warszawa 1965, s. 30-36, 78-90; M. Poprzęcka, Chopin i malarstwo, [w:] Romantyzm, s. 23-31. 15 E. Delacroix, op. cit., t. 1, s. 127, 178. 16 Ibidem, s. 130; J. Starzyński, op. cit., s. 78-90; Romantyzm, s. 98. 17 A. Melbechowska-Luty, Teofil Kwiatkowski 1809-1891, Wrocław 1966. 18 F. Niecks, Frederick Chopin as a Man and Musician, t. 2, London 1888, s. 11, 165, 167, 170, 202; W. Gerson, Teofil Kwiatkowski - artysta malarz, „Tygodnik Ilustrowany" 1891, półr. II, s. 327; E. Delacroix, op. cit., s. 354. 19 K. Kobylańska, Rękopisy utworów Chopina, Katalog, t. 1, Kraków 1977, s. 436. 20 A. Melbechowska-Luty, Teofil Kwiatkowski, s. 63-73; M. Grońska, Teofil Kwiatkowski 1809-1891, w stulecie śmierci. Wystawa monograficzna ze zbiorów polskich, Towarzystwo im. Fryderyka Chopina w Warszawie, Warszawa 1991. 21 A. Melbechowska-Luty, Teofil Kwiatkowski, s. 92-98; eadem, Poloneza czas zacząć..., [w:] Mowa i moc obrazów. Prace dedykowane Profesor Marii Poprzęckiej, Warszawa 2005, s. 83-85. 22 Na podstawie śladu zapisu nutowego widocznego w największej wersji Poloneza Chopina (61,5 × 125,7 cm) Józef M. Chomiński wyraził opinię, że może to być Polonez A-dur op. 40 nr 1. 23 M. Wilczkowska, F. Chopin w plastyce polskiej na przełomie XIX i XX wieku (Katalog), „Rocznik Chopinowski" 1981, s. 97-126. 24 Lewandowski, Henryk Siemiradzki, Warszawa-Kraków 1911, s. 84-86; J. Dużyk, Siemiradzki. Opowieść biograficzna, Warszawa 1986, s. 424-426; J. Lamparska, Nieszczęśliwy anioł, „Zabytki - Heritage" 2007, nr 6, s. 64. 25 Wojciech Gerson 1831-1901. Katalog wystawy monograficznej, oprac. J. Zielińska, Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa 1978, s. 95, 159. Gerson wykonał też rysunek Głowa Fryderyka Chopina, ołówek, ok. 1894 (własność Muzeum Narodowego w Warszawie). 26 A. Majerska, Witold Pruszkowski 1846-1896, „Sztuki Piękne" 1934, s. 96. 27 M. Biernacka, Literatura - Symbol - Natura. Twórczość Edwarda Okunia wobec Młodej Polski i symbolizmu europejskiego, Warszawa 2004, s. 24-25, 43-44, 173, 247, 262, 272, 295. 28 C. Jellenta, Galeria ostatnich dni, Kraków 1897, s. 311, 320; E. Charazińska, Władysław Podkowiński. Katalog wystawy monograficznej, Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa 1990, s. 32-33, 137-138; M. Gołąb, Ut pictura musica. O wybranych wątkach idei muzyczności malarstwa w estetyce, krytyce i sztuce polskiej przełomu XIX i XX wieku, [w:] Mikalojus Konstantinas Čiurlionis litewski malarz i kompozytor, Muzeum Śląskie, Katowice 2006, s. 93-97. 29 A. Potocki, Konkursy „Sztuki". O konkursie, „Sztuka" [Paryż] 1904, s. 321, 325-328 i 4 reprodukcje (oryginały wyróżnionych prac nie zostały odnalezione); A. Lipa, Zaklinacz lalek. Życie i twórczość Gustawa Gwozdeckiego, Warszawa 2003, s. 70-71; eadem, Gustaw Gwozdecki 1880-1935. Wystawa monograficzna, katalog pod red. M. Gołąb, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Poznań 2003, s. 47, 160, 180. 30 Młoda Polska. Sztuka druku i ilustracji. Katalog wystawy, oprac. D. Bromowicz i M. Jaworska, Biblioteka Jagiellońska, Kraków 1994, s. 87, 92-93; M. Biernacka, op. cit., s. 43. 31 M. Poprzęcka, Polskie malarstwo salonowe, Warszawa 1991, s. 30. 32 S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej, Lwów 1910, s. 178. 33 S. Przybyszewski, Z psychologii jednostki twórczej. Chopin i Nietzsche, przeł. S. Helsztyński, [w:] idem, Wybór pism, oprac. R. Taborski, Wrocław 1966, s. 11, 15, 17; idem, Szopen (Impromptu), [w:] Na drogach duszy, Kraków 1900, s. 89-104; idem, Szopen a naród, Kraków [1910]. 34 O pracach Wojciecha Weissa związanych z Chopinem zob. W. Juszczak, Młody Weiss, Warszawa 1979, s. 62-78, 81-82; idem, Wojtkiewicz i nowa sztuka, Kraków 2000, s. 61-65; Z. Weiss-Albrzykowska, Fryderyk Chopin w modernistycznej wizji Wojciecha Weissa, „Rocznik Chopinowski" 1986, s. 173-183; Ł. Kossowski, Totenmesse, [w:] Totenmesse. Munch - Weiss - Przybyszewski, katalog wystawy oprac. Ł. Kossowski, Muzeum Literatury w Warszawie, Warszawa 1995, s. 80-83; M. Gołąb, op. cit., s. 98, 103. 35 S. Lack, Wojciech Weiss, „Życie" 1900 nr 1, s. 327; S. Przybyszewski, Szopen (Impromptu), s. 89, 104.
WYGRAJ SUKCES • Podkłady • pliki użytkownika weronikadabrowicz przechowywane w serwisie Chomikuj.pl • 02 Moja Klasa IIIa.mp3, podkład Lubię chodzić do szkoły(1).mp3 Wykorzystujemy pliki cookies i podobne technologie w celu usprawnienia korzystania z serwisu Chomikuj.pl oraz wyświetlenia reklam dopasowanych do Twoich potrzeb.
Adam Willma Każdy z instrumentów używanych przez Fryderyka Chopina jest dziś skarbem i atrakcją turystyczną. Czy należą do nich organy w kościele w Oborach? To były nadzwyczajne wakacje. Bez nich historia muzyki wyglądałaby trochę inaczej. A bez wątpienia inny byłby zestaw utworów w Konkursie Chopinowskim, bo to właśnie w Szafarni Chopin zetknął się z kulturą prostego ludu. Jak małpa na niedźwiedziu Fryderyk miał 14 lat, Dominik Dziewanowski, nazwany przez Chopina Domusiem był o rok młodszy. Pochodzący z zacnej rodziny Dziewanowskich Dominik dwa lata wcześniej wysłany został przez rodziców do Liceum Warszawskiego. Jedenastoletniemu Dziewanowskiemu wikt i opierunek zapewniła wówczas rodzina Chopinów. Dziewanowscy nie byli Chopinom obcy – wiele lat wcześniej ojciec Fryderyka pracował w ich majątku jako guwerner. Ale teraz mamy rok 1824. Fryderyk, który nie miał serca do przedmiotów ścisłych, tego roku nadrobił zaległości do tego stopnia, że wyróżniony został nagrodą szkolną. W nagrodę rodzice posłali go na wakacje do majątku rodziców Dominika. Tu, uchodzący już za cudowne dziecko Fryderyk, miał się nawdychać świeżego powietrza i przybrać na wadze pod okiem starszej siostry – Ludwiki. Nigdy wcześniej Fryderyk nie był tak długo na wsi. Teraz odłożył książki i – o zgrozo – zaniedbał nawet ćwiczenia na fortepianie. Wchłonął go ten świat. Próbował wszystkiego łącznie z jazdą konną: „Nie pytaj czy dobrze, ale umiem przynajmniej tak, że koń powoli, gdzie chce, idzie, a ja jak małpa na niedźwiedziu na nim siedzę” - pisał do szkolnego puszcza zefiry Z Dominikiem mógł włóczyć się słuchając śpiewu wiejskich kobiet, a nawet uczestniczyć w wiejskich zabawach w listy były zbyt nudną formą, rodzicom wysyłał własnoręcznie pisaną gazetę rozpisaną na wzór „Kuriera Warszawskiego”. Relacje z „Kuriera Szafarskiego” potwierdzają wrodzoną skłonność do dowcipkowania, z której znany był w szkole. Mnóstwo tu dowcipnych informacji o wiejskiej codzienności, w której porwanie dwóch gęsi przez lisa albo zbicie butelki z sokiem przez kota, zyskuje rangę sensacji. Wakacje u Dziewanowskich były również pretekstem do podróży. Do Nieszawy, gdzie przykuła uwagę Chopina pięknie śpiewająca dziewczyna (dał jej 3 grosze, żeby piosenkę zanotować). Do Golubia, w którym zwiedził zamek („między innymi szczegółami zagranicznymi widział Świnię zagraniczną” - odnotowuje „Kurierze Szafarski”). A nawet Torunia, w którym młody muzyk objadał się piernikami, podziwiał gotyckie kościoły i dom Kopernika (w pokoju, w którym jakoby urodził się Kopernik mieszkał pewien Niemiec „który pewno objadłszy się kartofli, nieraz dość częste puszcza zefiry”). Wśród miejsc, które odwiedził bez wątpienia był też klasztor w Oborach, na który łożyły całe pokolenia Dziewanowskich. O klasztorze z właściwym sobie poczuciem humoru wspomina w „Kurierze Szafarskim”: „Pewien obywatel w okolicy chciał czytać Monitora. Wysłał więc służącego do Xsięży Karmelitów w Oborach, prosząc o pismo periodyczne. Służący, w życiu o piśmie periodycznym nie słysząc, przekręcił wyraz i pytał o pismo hemoroidyczne”. Chopin sfałszowany Goszcząc u karmelitów w 1924 roku Chopin grał na kościelnych organach. Zapewne przyjechał tu z Dominikiem, który poruszał miechem, żeby z piszczałek wydobył się głos. Czyżby zatem organy w Oborach znajdowały się w gronie oryginalnych instrumentów, z których korzystał jeden z największych muzyków w historii? Te pozostałe strzeżone są dziś jak skarby. Nic dziwnego – od lat przyciągają masy turystów. Niestety nie wiadomo, co stało się z fortepianem, który stał w domu Dziewanowskich. Do dziś pozostało natomiast kilka innych fortepianów z certyfikatem dotknięcia ręki mistrza. Najstarszy znajduje się w Żelazowej Woli. Wygląda dziwacznie, ponieważ ma pionową konstrukcję, stąd nazywany jest żyrafą. Drugi ulokowano w Muzeum Chopina w Warszawie. Fortepian konstrukcji Pleyela pochodzi paryskiego mieszkania Chopina. Kompozytor grał na nim przez ostatnie dwa lata życia. Oryginałem jest również pleyel eksponowany jest w Muzeum Muzyki w Paryżu. Z każdą dekadą rośnie liczba „chopinowskich” fortepianów. W 2007 roku prasę brytyjską zelektryzowała informacja o odnalezieniu fortepianu, z którym Fryderyk podróżował podczas pobytu na wyspach. Niestety – przedwcześnie, bo – jak wykazały szczegółowe badania - egzemplarza tego nigdy nie dotykały dłonie mistrza. Trzy lata później skandal wybuchł w Krakowie. Wyszło na jaw, że instrument eksponowany z Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest fortepianem autora mazurków. Owszem, właściwy instrument, należący pierwotnie do Jane Stirling (wielbicielki i znajomej kompozytora) faktycznie stał w pałacu Pusłowskich w Krakowie, ale przed 1970 rokiem ktoś podmienił instrument. Co ciekawe, do kopii przykręcono oryginalną tabliczkę z datą „15 Novembre 1848” i podpisem Chopina. Być może autentyczny instrument został przypadkowo zniszczony i w ten sposób chciano zatuszować ślady. A może oryginał stoi do dziś w którymś z prywatnych salonów? Przed czterema laty wybuchła afera ma Majorce. Okazało się, że również tam pianino pokazywane turystom jako instrument Chopina nie ma z kompozytorem nic wspólnego, podobnie jak klasztorna cela w której miał mieszkać Chopin (w rzeczywistości było to inne pomieszczenie). A co z organami, na których chętnie grywał Chopin w młodości? Najbardziej oczywisty wydaje się trop prowadzący do warszawskiego kościoła Sióstr Wizytek. Niestety, obecny instrument został całkowicie przebudowany w 1909 roku. Czyżby zatem jedynymi naznaczonymi przez mistrza organami były te w Oborach. Czy to możliwe, żeby organista z sanktuarium korzystał na co dzień z instrumentu, którym zabawiał się Chopin?Jak brzmiał ten koncert? Czy dzisiejszy instrument ma coś wspólnego z tym, z którego korzystał Chopin? Postanowiliśmy to sprawdzić. Barokowy silnik? Akta konserwatora wojewódzkiego pozostawiają pewna nadzieję. Nie ma w nich żadnej wzmianki o przebudowie organów. Z papierów wynika, że ich wiek nie odbiega od prospektu organowego - pochodzą z tego samego okresu, co rokokowy ozdobny prospekt organowy. Niestety, entuzjazm studzi Polskie Wirtualne Centrum Organowe, według którego ostatnia modernizacja instrumentu nastąpiła w 1966 roku Do klasztoru w Oborach ruszam w towarzystwie znakomitego toruńskiego organisty Marcina Łęckiego. Kilkanaście minut po wyjeździe z Szafarni wjeżdżamy między wzgórza malowniczej Szwajcarii Dobrzyńskiej. To tu, na wzniesieniu bieli się bryła kościoła barokowego kościoła, do którego już w XVII wieku ściągali wierni w nadziei na uzdrowienie. W drodze do furty mijamy popiersie Chopina upamiętniające jego pobyt w Oborach. Przy wejściu telefon, z którego trzeba wykręcić numer do przeora. Mamy życzliwą zgodę na przebadanie instrumentu, więc jowialny diakon prowadzi nas pamiętającymi XVIII wiek korytarzami klasztoru. To jedyna droga na balkon chóru, gdzie znajdują się organy. Bezpośrednio z kościoła nie można się tu dostać. Zanim jednak dostaniemy się do organów, trafiamy do niewielkiego pomieszczenia bezpośrednio z nimi sąsiadującego. - Kiedyś pomieszczenie to miał do dyspozycji organista, tu mógł rozgrzać zziębnięte zimą ręce – wyjaśnia Marcin Łęcki. Dziś w przedsionku ulokowano monstrualny miech pompowany przez elektryczną dmuchawę. To pierwszy znak, że konstrukcja oryginalnych organów uległa zmianie. Muzyka z kredensu Wchodzimy na chór. Od pozostałej części kościoła balkon oddziela ozdobna krata – dzieło barokowego snycerza. Nie ma wątpliwości, że przez ten drewniany „parawan” spoglądał na ołtarz Chopin. Niestety, nie można tego powiedzieć o stole z klawiaturą. Tu wszelkie wątpliwości zostają rozwiane. - Stół z klawiaturą został oddzielony od organów i przeniesiony – marszczy czoło Marcin. Ale zanim dokładnie mu się przyjrzymy, lustrujemy znalezisko z drugiej strony balkonu. - A to ci niespodziana – śmieje się Łęcki podchodząc do zakurzonej skrzyni sprawiającej wrażenie skrzyżowania pianina z komodą. Wskazuje na pedały do pompowania powietrza. - To stara fisharmonia, ale z Chopinem nie ma nic wspólnego, pochodzi z końca XIX nie byłby jednak sobą, gdyby nie spróbował wydobyć głosu z instrumentu. I rzeczywiście staruszka z której odpadły już niektóre nakładki na klawiaturę (ze słoniowej kości – a jakże!) odzywa się bolesnym dźwiękiem. Od biedy można jednak rozpoznać fragment chopinowskiego poloneza. Ale przecież to nie ona jest celem naszej podróży. Lustrujemy więc ogromną szarą szafę. - To jest właściwy instrument – pudło rezonansowe, w którym ukryte jest większość piszczałek. Piszczałki do boju - Szafa jest prawdopodobnie elementem oryginalnych organów – orzeka Łęcki. Niestety wejścia do wnętrza strzeże zamek, do którego klucz gdzieś się zapodział. Nasz klasztorny opiekun próbuje przyjść nam z pomocą, ale żaden z kluczy nie pozwala uwolnić wejścia. Pozostaje nam zlustrować zawartość wnętrza przez kratownicę. Marcin kręci sceptycznie głową: - Nic z tego, cała wewnętrzna konstrukcja jest późniejsza. Nawet drewno nie nadżarte przez szkodniki. Piszczałki barokowe były wykonane ze stopu cyny i ołowiu. Niewykluczone, że - tak jak w wielu innych kościołach - mogły zostać zarekwirowane w czasie którejś z wojen i przetopione. Uzasadniałoby to obecność fisharmonii, która mogła przez jakiś czas zastępować organy. - Przy przebudowie w latach 60. zmieniona została prawdopodobnie traktura tego instrumentu [sposób wydobycia dźwięku od klawisza do piszczałki – red.] - wyjaśnia nasz ekspert. - Poprzednia na pewno była mechaniczna – złożona z listewek i kątowników. To był barokowy instrument napędzany miechem, który ktoś musiał ręcznie (lub nożnie) uruchomić. Dziś włącza się tylko dmuchawę. To nie koniec zmian: - Bardziej nowoczesna – co nie znaczy lepsza! - jest też dyspozycja [zestaw głosów – red.]. Ta obecna jest romantyczna, przeznaczona do liturgii. Młody Chopin w 1824 pojechał do klasztoru w Oborach. W tamtym czasie organy nie mogły posiadać dyspozycji romantycznej, a barok skończył się ledwie 50 lat wcześniej – śmieje się Marcin. O ile z zewnątrz Chopin zobaczył ten sam prospekt („fasadę” organów widzianą z dołu), to o brzmieniu instrumentu za jego czasów możemy jedynie spekulować. Natomiast akustyka i pogłos nie zmieniły się od tamtych czasów. Został pogłos Marcin raz jeszcze ogląda szafę organową: - Tutaj siedział! Z dużą pewnością można stwierdzić, że klawiatura była kiedyś wmontowana w szafę po odwrotnej stronie. A więc ołtarz miał nie na wprost, jak obecnie, tylko po prawej ręce. Zdaniem Łęckiego był to instrument jednomanuałowy [z jedną klawiaturą – red.] z krótka oktawą i z zaledwie kilkoma głosami. Możemy dziś jedynie domyślać się jak ten instrument brzmiał w czasach Chopina, choć akustyka i pogłos pozostały niezmienne. Co grał Chopin w Oborach? Być może próbował instrument na swoich prostych młodzieńczych kompozycjach. Bardziej prawdopodobne jednak, że próbował kompozycji Bacha, które regularnie podsuwali mu nauczyciele. Przez labirynt korytarzy zbiegam do kościoła, aby posłuchać organów z właściwego miejsca. O dziwo – choć proszą się o wizytę organmistrza – tu brzmią znacznie lepiej niż na górze. I dopiero stąd widać piękną figurę króla Dawida ze złotą harfą, która zdobi prospekt. Marcin opiera się o framugę drzwi. Przez nie bez wątpienia przechodził Chopin. Świadczą o tym ozdobne zawiasy pamiętające jeszcze czasy baroku: - Kto wie, może ktoś kiedyś zrekonstruuje tutaj mechaniczne organy. Bo w tym miejscu naprawdę można się się poczuć jak dwa wieki temu. To prawda. Pod warunkiem, że wyłączymy elektryczną dmuchawę.
Aby dodawać komentarze musisz się zalogować. Plik 08.Pan listopad gra na basie wokal.mp3 na koncie użytkownika Jasia545 • folder Piosenki + podkłady • Data dodania: 1 gru 2009.
Ranking najlepszych wykonawców muzyki Chopina Polska, a zwłaszcza Warszawa, przeżywa prawdziwy najazd największych sław światowej pianistyki, pragnących uczcić swoją grą przypadające właśnie w tych dniach 200. urodziny największego polskiego kompozytora, jednego z czterech absolutnych geniuszy muzyki (obok Bacha, Mozarta i Beethovena). Okazja to niezwykła do zachwytów i porównań, ale także do zastanowienia się nad fenomenem Fryderyka Chopina, który, zwłaszcza w XX stuleciu, opanował cały świat, w tym regiony, które pielęgnowały inną niż europejska tradycję kulturalną. Czy pielgrzymka najbardziej kasowych i głośnych gwiazd fortepianu do chopinowskiej mekki przyniesie nam jakieś niezwykłe, dotąd jeszcze nieznane doznania estetyczne? Czy po raz pierwszy od 200 lat usłyszymy multiplikowanego super-Chopina? Niestety nie. Sława, perfekcja, pozycja na rynku nagraniowym i w rankingach medialnych nie zawsze przystają do specyfiki twórczości Fryderyka Chopina. Jak powiedział w wywiadzie drukowanym w “Przeglądzie” przed tygodniem prof. Andrzej Jasiński, jeden z najwybitniejszych chopinowskich pedagogów i jurorów, muzyka tego akurat twórcy ze względów interpretacyjnych i estetycznych nie dla każdego może być dostępna. 17-, 18-letni artyści potrafią się wspiąć na sam szczyt chopinowskiej maestrii, a do innych, dużo starszych i bardziej doświadczonych wirtuozów Chopin “nie przyjdzie”. Nigdy. Światowe sławy w Warszawie Nadzwyczajne koncerty urodzinowe, które są pierwszą z trzech dominant Roku Chopinowskiego, mogą być tego przykładem. Rocznicowe obchody rozpoczął występ Lang Langa, nazywanego “najbardziej energetycznym pianistą świata”. Niespełna 30-letni Chińczyk jest “pianistycznym smokiem” zdolnym pożreć każdy materiał muzyczny. Na tym zasadza się jego niesamowita popularność i w Chinach, i na całym świecie. Zwłaszcza do młodego słuchacza przemawia osobowość Lang Langa, dla niego samego zaś Chopin jest kimś ważnym i bliskim. To wielki bonus dla organizatorów Roku Chopinowskiego, że ten artysta zechciał nie tylko przyjechać na koncerty do Warszawy, lecz także bierze udział w międzynarodowym projekcie filmowym “Project Chopin”, w którym opowiada o Chopinie i gra jego etiudy, utwory o wirtuozowskiej skali trudności. Lang Lang zachwycił publiczność, choć jego chopinowskie interpretacje do historii ani kanonu nie wejdą, bo pianista ten mimo ogromnych możliwości ekspresyjnych nie jest typem nostalgicznego introwertyka, wydaje się też zbyt przesiąknięty medialnym osadem. W końcówce lutego jednak napięcie, jak w recepcie Alfreda Hitchcocka na film grozy, zaczęło rosnąć. Program koncertów urodzinowych obejmował bowiem występy aż 11 pianistycznych znakomitości w ciągu tylko siedmiu dni. Czegoś takiego jeszcze nie było, aby obok zwycięzców konkursów chopinowskich z lat 1970, 1980, 1990, 2000 i 2005 (mowa tu o Garricku Ohlssonie, Dang Thai Sonie, Kevinie Kennerze, Yundi Lee i Rafale Blechaczu) zagrali recitale z muzyką tego kompozytora artyści, którzy (poza Januszem Olejniczakiem) zrobili światowe kariery jakby niezależnie od tej ważnej, ale całkowicie monograficznej imprezy muzycznej – Daniel Barenboim, Piotr Anderszewski, Leif Ove Andsnes, Jewgienij Kissin, Murray Perahia i Ivo Pogorelić. Kto z tej plejady jest z krwi i kości chopinistą doskonałym? Kanon nr 1 Aby ustalić hierarchię najznakomitszych dzisiaj wykonawców muzyki Chopina, trzeba zacząć od wytyczenia wzorów tzw. niedościgłych. Należał do nich bez wątpienia Artur Rubinstein (1887-1982), urodzony w Łodzi, ale od młodych lat mieszkający za granicą, jeden z najwybitniejszych wirtuozów fortepianu w XX w. Może to wyjątek potwierdzający regułę, ale Chopina grał znakomicie, choć wcale nie był nostalgicznym introwertykiem, raczej przeciwnie, żywiołowym królem życia. To dlatego pokochali go Hiszpanie i inni Latynosi, bo muzykę z tego kręgu grał znakomicie. Pokochali go też Polacy, właśnie za niedościgłe interpretacje Chopina (i przyjaźń z Szymanowskim). Rubinstein był po wojnie jurorem konkursów chopinowskich i w jakimś stopniu własnymi kreacjami stworzył chopinowską normę. Do tego rubinsteinowskiego kanonu nawiązywali niezrównani chopiniści powojenni, Halina Czerny-Stefańska i Adam Harasiewicz, zwycięzcy konkursów chopinowskich w 1949 i 1955 r. To właśnie tych dwoje utwierdziło przekonanie, że granie Chopina jest polską specjalnością, choć nie można zapomnieć, że pierwszym w historii zwycięzcą konkursu był Rosjanin z ZSRR, Lew Oborin, człowiek skromny, introwertyczny, który nie tylko nie zrobił wielkiej światowej kariery, ale nawet w ZSRR nie należał do żadnej czołówki. Ten pierwszy konkurs w 1927 r., kiedy wszyscy pamiętali jeszcze doskonale paniczny strach przed bolszewikami i “cud nad Wisłą” z roku 1920, był dla polskich melomanów zaskoczeniem i szokiem, bo zobaczyli i usłyszeli doskonale przygotowaną ekipę radzieckich pianistów, którzy również wiele lat później mogli wyjeżdżać z Warszawy z tarczą. Znakomici Rosjanie zwyciężali w chopinowskich igrzyskach wielokrotnie, także w 1937, 1949, 1985 i 1995 r., co tłumaczono sobie podobieństwami naszych słowiańskich dusz. Jednak kiedy w latach 1960 i 1965 zwycięzcami konkursu okazali się Maurizio Pollini i Martha Argerich, polski czy słowiański monopol został na długie lata przełamany. Ale nie do końca. Wspaniała dwunastka Jak dziś wygląda chopinowska hierarchia? Wydaje się, że Polacy odzyskali markę w dziedzinie wykonawstwa tej muzyki. Dzięki Krystianowi Zimermanowi, zwycięzcy konkursu w 1975 r., który dosyć skomplikowanymi metodami (gra mało, a w Polsce pojawia się raz na 10 lat) utrzymuje najwyższą pozycję, i ostatniemu zwycięzcy z 2005 r. Rafałowi Blechaczowi nasze miejsce w rankingu jest niezagrożone. A wspierają je dzielnie laureaci niższych nagród z kolejnych konkursów, którzy Chopina grają dobrze i chętnie: Piotr Paleczny, Ewa Pobłocka, Krzysztof Jabłoński, a zwłaszcza szalenie aktywny Janusz Olejniczak, który z tej racji, że jest bodaj najmłodszym i ostatnim wychowankiem prof. Zbigniewa Drzewieckiego, sławnego pedagoga, wychowawcy Czerny-Stefańskiej i Harasiewicza, uchodzi obecnie za depozytariusza chopinowskiej spuścizny i najszlachetniejszego tradycyjnego stylu. Do tej znakomitej drużyny dochodzą pianiści, którzy na konkursach nie odnieśli większych sukcesów albo w ogóle w nich nie brali udziału, ale swym talentem i artystyczną intuicją zbliżyli się do rubinsteinowskiego kanonu. Dotyczy to przede wszystkim Piotra Anderszewskiego, artysty oryginalnego i niezwykłego, rozpiętego podobnie jak Rubinstein pomiędzy dwoma bliskimi sobie narodami (polsko-węgierskie pochodzenie), muzyka przepojonego radością życia, chętnie dzielącego się swą sztuką i mającego zawsze w zanadrzu kilka zaskakujących pomysłów. Obok Anderszewskiego powstaje pustka, bo trudno dorównać komuś takiemu, choć w dziedzinie chopinistyki może on mieć jeszcze wielu, jeśli nie konkurentów, to partnerów. Choćby takich jak Wojciech Świtała, Ewa Kupiec, Zbigniew Raubo. Poza polską drużyną jest grupa wspaniałych Rosjan, a na samym szczycie tej drabiny znajduje się nie Stanisław Bunin (zwycięzca naszego konkursu z 1985 r.), ale natchniony, demoniczny i introwertyczny Grigorij Sokołow. Polonezy Chopina w jego wykonaniu to rozdzierające dramaty, w których artysta podróżuje między rozpaczą a wściekłością, między piekłem a niebem. Do rosyjskich filarów chopinistyki dołącza młody gwiazdor estrad koncertowych, Jewgienij Kissin. Ma on już w swoim kraju licznych i nawet młodszych konkurentów na ścieżce sławy, ale odtwórczość Chopina to w jakimś sensie wyższa szkoła jazdy. Prędzej może się on mierzyć z osiadłą w Polsce Tatianą Szebanową (mamą Stanisława Drzewieckiego) niż wschodzącymi gwiazdami klawiatury. Tutaj sformułowane przez prof. Andrzeja Jasińskiego w cytowanym już wywiadzie kryteria stylu wydają się nie do zastąpienia: elegancja, wrażliwość, nuta smutku i nostalgii, unikanie efekciarstwa i hałasu, wierność partyturze, swoiste rozumienie polskości, obeznanie z nadwiślańskim krajobrazem. Druga strona medalu To właśnie dlatego tzw. megapianiści i wirtuozi pełną gębą z trudem zbliżają się do Chopina. Kompletną klęskę poniósł na tym polu Ivo Pogorelić, który, jak napisał jeden z recenzentów, “kroi Chopina w plasterki”. Nie bardzo potrafią się odszukać w tej kategorii takie sławy jak Daniel Barenboim, Murray Perahia czy Alfred Brendel. Ten pierwszy jest zbyt głośny, drugi sztucznie subtelny, a trzeci drętwy. Wśród najbardziej uzdolnionych pianistów Dalekiego Wschodu łatwiej znaleźć wrażliwego introwertyka, takiego jak Wietnamczyk Dang Thai Son, który liznął trochę europejskiej atmosfery i zakochał się w mazurkach i nokturnach, niż pomiędzy wychowankami najsławniejszych amerykańskich uczelni, co jednak wcale nie jest wykluczone. A ponieważ Chopin był z pochodzenia pół-Francuzem, warto czasami posłuchać pianistów znad Sekwany. Gdyby Chopin żył, może grałby tak jak Alexandre Tharaud…? ———————————— Chopinistyczna czołówka Krystian Zimerman Rafał Blechacz Piotr Paleczny Ewa Pobłocka Krzysztof Jabłoński Janusz Olejniczak Piotr Anderszewski Grigorij Sokołow Jewgienij Kissin Dang Thai Son Alexandre Tharaud Podobne wpisy
gdy chopin grał' - Tekściory.pl – sprawdź tekst, tłumaczenie twojej ulubionej piosenki, obejrzyj teledysk.
Kto by się spodziewał, że na Warszawskiej Jesieni będzie można autentycznie się wzruszyć, i to instalacją! A jeszcze na dodatek, że będzie miało to związek z Chopinem… W Studiu Tęcza wczoraj wieczorem „odsłonięto” trzy okołochopinowskie instalacje stworzone przy współorganizacji Centrum Sztuki WRO, które będą czynne jeszcze do soboty, plus jeszcze kilka innych, czynnych od dziś. Instalacji w ogóle na tej Jesieni dostatek, bo jeszcze jutro otwiera się bardzo zabawna pt. qub (autorstwa Krzysztofa Knittla i Marka Chołoniewskiego) na dziedzińcu Uniwersytetu Muzycznego, a poza tym do czwartku jeszcze jest fortepian Gordona Monahana na Placu Zamkowym (jeszcze nie dotarłam). W Studiu Tęcza najpierw wchodziło się przez przestrzeń nazwaną Mapping Chopin, a stworzoną przez Pawła Janickiego. Chodziło się po podłożu oświetlonym na niebiesko, na którym pokazywały się wzory i odzywały się dźwięki, szybciej, wolniej, zależnie od poruszania się po tym terenie ludzi. A te dźwięki – to były utwory Chopina. Najlepsza okazała się Tarantella, był też Walc a-moll, Nokturn g-moll op. 15 nr 3 oraz Etiuda As-dur op. 25 nr 1. Jakie pyszne tańce prowokowała ta zabawa! Ciekawe, że najpierw próbujemy jakoś sterować tą grającą maszyną, ale w końcu maszyna zaczyna sterować nami. Potem przeszliśmy w głąb hali, gdzie były ustawione krzesła, przed nimi trzy ekrany, jak tryptyk, a przed tymi ekranami – fortepian Yamaha Disklavier. Taki, który, jak się zaprogramuje, to sam gra. I właśnie grał sam podczas krótkiego utworku klasyka polskiej sztuki wideo, Józefa Robakowskiego, pt. Attention: Light! (dla Paula Sharitza). Ma toto długą historię, którą p. Robakowski opowiedział przed wykonaniem, a która jest może ciekawsza od samego utworku – najbardziej mi zapadł w pamięć obrazek, jak rzeczony Sharitz, amerykański performer, w mieszkaniu autora wymachiwał kamerą w rytm puszczanych na cały regulator mazurków Chopina – puszczanych na jego życzenie, bo chciał coś bardzo polskiego. Sam utworek polegał na tym, że Disklavier grał ostatniego mazurka, a do tego ekrany rozbłyskiwały w różnych, wciąż zmieniających się jaskrawych kolorach; było to dość nużące. Ale w końcu doszliśmy do clou programu. Jarek Kapuściński najpierw także sam opowiedział o idei swojego utworu Gdzie jest Chopin. Przede wszystkim – jaka jest odpowiedź na tytułowe pytanie? Bo przecież, patrząc w sensie dosłownym, to Chopina nie ma. Ale gdy go słuchamy, jest w nas. I Jarek udowadnia to w przepiękny sposób. Oczywiście nie gra Chopina dosłownie, jest co prawda świetnym pianistą, ale także kompozytorem, więc na użytek projektu przekomponował sobie Preludia op. 28, ale z wielkim smakiem i w sposób rozpoznawalny. Tę indywidualną interpretację grał różnym ludziom w dwunastu miastach w krajach, gdzie Chopina się kocha, ale on sam nigdy tam nie dotarł. Kamerzyści filmowali reakcje tych ludzi, a potem – ich wyraz twarzy podczas rozmów o Chopinie. Potem to wszystko zostało poddane pracochłonnemu montażowi i dopasowaniu do muzyki. Wyszło to fantastycznie i po prostu wzruszająco. Same twarze, pokazane z bliska, uśmiech, powaga, smutek, nawet płynące łzy, ale i śmiech. Ludzie w różnym wieku, różnej płci, o różnych kolorach skóry. Ludzie, którzy w swoim przeżywaniu, a bez wątpienia były to głębokie i szczere przeżycia, byli po prostu piękni. Rozmawiałyśmy potem wracając z koleżankami do domu, że – co ciekawe – choć jest to bardzo intymny kontakt z tymi ludźmi, nie odczuwamy cienia żenady, jaka towarzyszy naruszeniu cudzej prywatności. Wielu ludzi na sali się popłakało ze wzruszenia. Ja nie, ale uśmiechałam się cały czas. Jarek przyznał się nam później, że podczas wykonania utworu (na początku Disklavier grał sam, potem kompozytor zasiadł do niego i sam grał, dopiero na koniec znów zostawił instrument sam) on też popłakuje, kiedy patrzy na tych ludzi. Bo naprawdę są piękni. Już dziś wyleciał do Londynu, a Disklavier będzie grał w Studiu Tęcza za niego. To nie to samo, ale prawie.
x6U2. ut5gmu84tn.pages.dev/299ut5gmu84tn.pages.dev/50ut5gmu84tn.pages.dev/2ut5gmu84tn.pages.dev/172ut5gmu84tn.pages.dev/256ut5gmu84tn.pages.dev/264ut5gmu84tn.pages.dev/242
gdy chopin grał podkład chomikuj